14.04.2025
JAK ODBIERA SIĘ UCISKANYM WPŁYW NA HISTORIĘ
Często w wielu dyskuscjach można usłyszeć argumenty pokroju „kapitaliści nie są tacy źli, przecież np. to Ford dał ludziom weekend”. Widać tu zawsze wyraźnie zaznaczoną dynamikę: łaskawy pan, który charytatywnie obdarowuje swoje wierne sługi. W zamian za ich poddaństwo i lojalność, zasłużyli sobie na aż dwa dzionki tygodniowo, których nie muszą prawie w całości poświęcać swojemu właścicielowi. Oczywiście takie rozumienie jest naiwne i po prostu parszywe. Ruch o pięciodniowy tydzień pracy rozpoczął się w USA już w latach 60tych XIX wieku. Niezliczone strajki i protesty zostały przeprowadzone w celu osiągnięcia pięciodniowego tygodnia pracy, niektóre z nich zostały brutalnie stłumione. A jednak zajęło to ponad 50 lat, żeby pięciodniowy tydzień pracy zaczął powoli stawać się standardem. Podobnie jak cały szereg innych reform w latach 1914-1945, czyli w okresie wielkiego, generalnego kryzysu kapitalizmu, te reformy były przeprowadzane głównie po to, by zapewnić klasie pracującej pewne drobne udogodnienia, by stłumić ich rewolucyjny zapał, wytworzyć w nich nowe poparcie dla kapitalizmu i ustabilizować kapitalizm. Ustępstwa, na które się zgodzono, były tym, czego klasa pracująca domagała się od dekad. Pomijając ten fakt rysujemy narrację, w której klasa pracująca nie ma żadnego wpływu na własną historię, jest jedynie pasywną ofiarą (albo nawet nie ofiarą – po prostu pasywną masą niezdolną do jakiegokolwiek działania, jakiejkolwiek inicjatywy, jakiegokolwiek kreatywnego myślenia – tępym „motłochem”). W ten sposób ludziom uciskanym odbiera się wpływ na ich własną historię oraz wpływ na historię wogóle – a wszystkie zasługi przypisuje się klasie rządzącej.
Przykładem tego jest też zniesienie niewolnictwa w USA – choć oczywiście wojska północy odegrały tu decydującą rolę, samo zniesienie niewolnictwa nie było jedynym ich celem. To była przede wszystkim wojna pomiędzy północną burżuazją a południową arystokracją – burżuazja chciała podważyć władzę arystokracji, utrzymać jedność państwa i wprowadzić nowocześniejsze sposoby prowadzenia gospodarki na południu. Jednocześnie czarni niewolnicy nie byli jedynie pasywnymi ofiarami, którzy pasywnie zostali obdarzeni wolnością przez łaskawego, wszechdobrego białego człowieka. Niewolnicy sami oswabadzali się, uciekali i walczyli o swoją wolność – 180 tyś. z nich dołączyło do północnej armii. Lecz znów odbiera się im wpływ na własną historię – to przecież ktoś musiał ich wyzwolić, przecież oni, pasywni podludzie, nie mogliby mieć wpływu na własną historię.
Podobna jest kwestia z dekolonizacją. Ile krwi trzeba było przelać, by Afryka mogła wywalczyć sobie nominalną niepodległość. Francja, Wielka Brytania, USA, Belgia ze wszystkich sił próbowały utrzymać Afrykę pod swoja kontrolą, mordując każdego, kto stawał im na drodze. To, że kraje Afrykańskie mają dziś jakąkolwiek niepodległość, jest spowodowane determinacją, poświęceniem i bohaterstwem ludów walczących o wyzwolenie. Lecz czasami można spoktać narrację, w której wycofanie się Brytyjskiego Imperium tłumaczy się w kategoriach tego, że po dwóch dewastujących wojnach światowych Brytyjczycy doznali jakiegoś moralnego przebudzenia i z własnej hojności postanowili zmienić swoje postępowanie. Absurd.
Ostatnim tego przykładem, jaki pragnę wymienić, jest Związek Radziecki i jego wygrana z Trzecią Rzeszą. Tu znów odbiera się wpływ na historię ofiarom imperialistycznej agresji. Popularna narracja tłumaczy zachowanie Związku Radzieckiego w ten sposób: Hitler i Stalin byli najlepszymi przyjaciółmi, więc Stalin wogóle nie spodziewał się wojny, zajmował się mordowaniem własnych przywódzców (z jakichś absurdalnych, niewytłumaczalnych powodów, które nie są jednak zaskakującym zachowaniem dla azjatyckich hord podludzi), więc wojsko było zupełnie nieprzygotowane i osłabione. Ponadto Sowieci byli strasznie głupi, stosowali idiotyczne taktyki jak naprzykład szarżowanie na wroga bez broni, ich dowódzcy byli całkowicie niekompetentni, a ich żołnierze zamiast motywacją walki o ojczyznę i państwo proletariackie byli napędzani strachem przed stalinowskimi represjami. Nie ukrywam, że nie mam wielkiej wiedzy, jeśli chodzi o sprawy wojskowe. Ale myślę, że wystarczy mieć jakieś doświadczenie z grą w szachy, czy chociażby nawet warcaby, żeby wiedzieć, że bez przygotowania (wiem, że w szachach i warcabach nie można przygotować sobie pionków do woli, ale przez przygotowanie mam na myśli posiadanie jakichś umiejętności i wiedzy o umiejętnościach przeciwnika), bez strategii, bez motywacji nie da się wygrać ze znacznie potężniejszym przeciwnikiem. Więc tu pojawia się paradoks – przecież Sowieci wygrali. A więc liberalny umysł desperacko szuka jakichś wyjaśnień i zazwyczaj używa którychś z następujących: 1) Sowieci mieli po prostu dużo ludzi i ściągali ludzi z całego ZSRR, wysyłali ich na front bez wyposażenia i zalewali wroga samą przewagą liczebną; 2) Sowieci wygrali tylko dzięki temu, że w Rosji jest sroga zima, z którą Niemcy nie potrafili sobie radzić; 3) Sowieci wygrali tylko dlatego, że otrzymali pomoc od aliantów w postaci dostaw stali, broni i pojazdów. Każde z tych trzech wyjaśnień usiłuje odebrać Sowietom wpływ na własną historię i to, że mogą mieć jakikolwiek pozytywny wpływ na historię świata (np. poprzez poskromienie pier*olonych nazioli), przerzucić przyczyny zwycięstwa wyłącznie na czynniki zewnętrzne, lub przypisać załugi za zwycięstwo zupełnie innym siłom.
W rzeczywistości, Sowieci, żeby zwyciężyć, przygotowywali się od dwóch dekad. „Należy mówić masom gorzką prawdę prosto, jasno, otwarcie: jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że partia wojenna raz jeszcze weźmie w Niemczech górę (w sensie natychmiastowego przejścia do ofensywy przeciwko nam) i że Niemcy razem z Japonią, na mocy formalnego lub cichego porozumienia, będą nas kawałkować i dławić” – Pisał Lenin w 1918. „Jesteśmy pięćdziesiąt lub nawet sto lat zacofani w porównaniu do rozwiniętych krajów. Musimy nadrobić ten dystans w dziesięć lat. Zrobimy to, albo zostaniemy zniszczeni” – pisał Stalin w 1931. Dopóki rewolucja w Niemczech była dławiona przez socjaldemokratów, było wiadome, że Niemiecka inwazja na ZSRR może nastąpić. Wraz z objęciem władzy przez Hitlera jasne się stało, że inwazja jest kwestią czasu. Związek Radziecki w przeciągu dwóch dekad przekształcił kraj z półfeudalnej dziury, gdzie niepiśmienni chłopi uprawiali pola używając drewnianych narzędzi, w przemysłową potęgę, która była w stanie masowo produkować czołgi, samoloty, artylerię i nowoczesną broń ręczną. Specjalnie rozwijano przemysł za Uralem, by mieć bazę przemysłową w razie inwazji. Nawet niesławny pakt Ribbentrop-Mołotow zapewnił Sowietom więcej czasu na przygotowanie się, zapewnił im technologię i maszynerię, oraz sprawił, że naziści najpierw rozpoczęli wojnę na zachodzie – gdyby naziści najpierw zaatakowali ZSRR, szanse Sowietów na otrzymanie wsparcia od aliantów byłyby nikłe. Oprócz tego dochodzi ogromne poświęcenie i bohaterstwo żołnierzy, taktyczne i strategiczne umiejętności dowódców. Lecz można to wszystko zdyskredytować mówiąc: „terefere, bo amerykanie wysłali im trochę stali i samochodów (większość tej pomocy dotarła do Sowietów już po zwycięstwie w Stalingradzie), a poza tym była zima”.
I w ten sposób odbiera się ludom uciskanym, klasom pracującym, wrogom politycznym wpływ na własną historię i na historię ludzkości. Monopol na tworzenie historii, monopol na dzieje, monopol na inicjatywę, monopol na rozwój i postęp musi pozostać w rękach klasy rządzącej. „Historię piszą zwycięzcy” – tak, wszyscy o tym wiemy, tylko zdaje się, że o tym zapominamy. Teraz czas, żebyśmy zaczęli tego zrozumienia używać, by krytycznie analizować przedstawiane nam fakty i wydarzenia.
Adres:
Róg ulicy K. Marksa i ulicy W.I. Lenina,
Tiraspol 3300,
Mołdawska Republika Nadniestrzańska
anty-kapitalistyczne treści od 1848 ®