Fryderyk Engels

Wielkie miasta

Linki:

Miasto takie jak Londyn, po którym można wędrować godzinami nie dochodząc nawet do początku końca i nie natrafiając na najmniejszą oznakę bliskości świata poza miastem — to przecież rzecz osobliwa. Ta kolosalna centralizacja, to skupienie dwóch i pół miliona ludzi w jednym punkcie ustokrotniło energię tych dwóch i pół miliona; ta centralizacja wyniosła Londyn do godności stolicy handlowej świata, stworzyła olbrzymie stocznie i zgromadziła tysiące okrętów, które stale zalegają Tamizę. Nie znam nic bardziej imponującego jak widok, który przedstawia Tamiza, gdy wjeżdża się od strony morza w kierunku London Bridge*. Bloki domów, stocznie okrętowe po obu stronach, zwłaszcza od Woolwich w górę rzeki, wzdłuż obu brzegów niezliczone okręty, które skupiają się coraz gęściej, pozostawiając w końcu tylko wąską drogę pośrodku rzeki, drogę, którą mkną setki parowców obok siebie — wszystko to jest tak wspaniałe, taka moc tego, że trudno ochłonąć z wrażania, i przybysza ogarnia podziw dla wielkości Anglii, zanim jeszcze wstąpił na angielską ziemię **.
Ale dopiero później odkrywa się, kosztem jakich ofiar dokonało się to wszystko. Gdy kto powałęsał się kilka dni po głównych ulicach, przepychał się z trudem przez tłum ludzki, przez nie kończące się szeregi wozów i wózków, gdy zwiedził „gorsze dzielnice” tej stolicy świata, dopiero wtedy spostrzega, że ci londyńczycy musieli poświęcić najlepszą cząstkę swego człowieczeństwa, aby dokonać tych wszystkich cudów cywilizacji, od których roi się ich miasto, że ogromne drzemiące w nich siły nie zostały w tym celu uruchomione, lecz stłumione, by tylko nieliczne z tych sił mogły się bardziej rozwinąć i przez połączenie z siłami innych - spotęgować. Już tłum uliczny ma w sobie coś odpychającego, coś, przeciw czemu buntuje się natura ludzka. Czyż te setki tysięcy ludzi z różnych klas i stanów, którzy tłoczą się obok siebie, czyż nie są oni wszyscy ludźmi, mającymi te same zdolności i uzdolnienia oraz jednakie zainteresowanie w zdobyciu szczęścia? I czyż nie powinni oni w końcu wszyscy zabiegać o swoje szczęście tymi samymi sposobami i środkami? A jednak pędzą oni obok siebie, jakby nie mieli ze sobą nic wspólnego, jakby nic ze sobą nie mieli do czynienia, a wiąże ich jedynie ta milcząca umowa, która nakazuje każdemu trzymać się prawej strony chodnika tak, by obie mijające się fale tłumu nie zatrzymywały się wzajemnie. A jednak nikomu nie przychodzi na myśl poświęcić drugiemu choćby jedno spojrzenie. Brutalna obojętność, nieczułe zamknięcie się każdej jednostki w kręgu swoich prywatnych interesów występuje tym bardziej odrażająco i dotkliwie, im więcej tych jednostek tłoczy się na małej przestrzeni. A wciąż wiemy, że to izolowanie się jednostki, to ciasne samolubstwo stanowi wszędzie podstawową zasadę naszego dzisiejszego społeczeństwa, to jednak nigdzie nie występuje ono tak bezwstydnie jawnie, tak pewne siebie, jak wśród tego tłumu wielkiego miasta. Rozbicie ludzkości na monady, z których każda ma odrębną zasadę życiową i odrębny cel; ten świat atomów, dochodzi tu do ostatecznych granic. Toteż wojna społeczna, wojna wszystkich przeciw wszystkim, tu wypowiedziana jest otwarcie. Podobnie jak według niedawnej książki Stirnera, ludzie uważają się wzajemnie jedynie za przedmioty użytkowe; każdy wyzyskuje drugiego. W rezultacie silniejszy depcze słabszego, a nieliczni silni, to znaczy kapitaliści, zagarniają wszystko dla siebie, podczas gdy licznym słabym, biednym, pozostaje zaledwie samo życie.
A to, co jest charakterystyczne dla Londynu, jest też charakterystyczne dla Manchesteru, Birmingham i Leeds, jest charakterystyczne dla wszystkich wielkich miast. Wszędzie barbarzyńska obojętność, twardy egoizm z jednej, a bezprzykładna nędza z drugiej strony. Wszędzie wojna społeczna; dom każdej jednostki jest fortecą w stanie oblężenia, jeden łupi drugiego pod ochroną prawa – a wszystko to tak bezwstydnie, tak otwarcie, że ogarnia nas przerażenie przed występującymi tu w tak obnażonej postaci konsekwencjami naszego ustroju społecznego, i niczemu bardziej się nie dziwimy, jak temu, że przy tej szaleńczej praktyce jeszcze cokolwiek trzyma się kupy. Ponieważ w tej wojnie społecznej bronią, za pomocą której prowadzi się walkę, jest kapitał, bezpośrednie lub pośrednie posiadanie środków spożycia i środków produkcji, zatem jest rzeczą jasną, że wszystkie ujemne skutki takiego stanu rzeczy spadają na biednego. Nikt się o niego nie troszczy; wepchnięty w ten skotłowany wir, musi się przebijać, jak umie. Jeżeli jest na tyle szczęśliwy, że otrzyma pracę, tzn. jeżeli burżuazja wyświadczy mu tę łaskę, że zechce się bogacić jego kosztem — to oczekuje go wynagrodzenie, które wystarcza zaledwie na to, by nie wyzionąć ducha. Jeżeli nie otrzyma pracy, może kraść, o ile nie boi się policji, lub umierać z głodu, a policja będzie już wtedy dbała o to, by umarł z głodu po cichu, nie zakłócając spokoju burżuazji. W czasie mojego pobytu w Anglii przynajmniej 20 do 30 ludzi zmarło po prostu z głodu, wśród oburzających okoliczności, a przy oględzinach zwłok rzadko kiedy znaleźli się sędziowie przysięgli, którzy mieli odwagę wyraźnie to stwierdzić. Zeznania świadków mogły być jak najbardziej jasne i niedwuznaczne — burżuazja, z której rekrutowali się sędziowie, znajdowała zawsze furtkę, aby ominąć straszny werdykt: „zmarł z głodu”. Burżuazji nie wolno w tych wypadkach mówić prawdy, wydałaby przecież wyrok na siebie samą. Ale i pośrednio z głodu zginęło wielu — znacznie więcej niż bezpośrednio; stały bowiem brak dostatecznej ilości środków żywności wywoływał śmiertelne choroby i w ten sposób porywał swe ofiary; osłabiał je tak, że pewne wypadki, które w innych okolicznościach miałyby całkiem niewinny przebieg, sprowadzały nieuchronnie ciężkie choroby i śmierć. Angielscy robotnicy nazywają to mordem społecznym i oskarżają całe społeczeństwo o to, że nieustannie dopuszcza się tego przestępstwa. Czyż nie mają racji? Wprawdzie z głodu giną tylko jednostki – ale jakąż gwarancję ma robotnik, że jutro nie przyjdzie kolej na niego? Kto mu zabezpieczy jego posadę? Kto mu zaręczy, że jeśli jutro z jakiegokolwiek powodu lub bez powodu chlebodawca zwolni go z pracy, on wraz z rodziną da sobie radę dopóty, dopóki nie znajdzie innego, który „da mu chleb”? Kto zaręczy robotnikowi, że chęć do pracy wystarczy, by tę pracę otrzymać, że uczciwość, pilność, oszczędność i wszystkie te liczne cnoty, które zaleca mu mądra burżuazja, są dla niego rzeczywiście drogą do szczęścia? Nikt. On wie, że dzisiaj coś posiada, ale czy jutro też będzie co miał, to już nie zależy od niego; wie, że byle powiew, byle kaprys chlebodawcy, każda zła koniunktura handlowa może z powrotem wtrącić go w ten dziki wir, z którego się chwilowo wydostał, a w którym trudno, często zaś w ogóle niepodobna utrzymać się na powierzchni. Wie, że jeśli dziś może żyć, to jest rzeczą bardzo niepewną, czy będzie mógł żyć również jutro.
Przejdźmy jednak do bardziej szczegółowego zbadania sytuacji, w jakiej klasa nieposiadająca znalazła się wskutek wojny społecznej. Popatrzmy, jakie to właściwie wynagrodzenie w postaci mieszkania, ubrania i wyżywienia daje społeczeństwo robotnikowi za jego pracę, jaką to egzystencję ofiaruje ono tym, którzy największym wkładem przyczyniają się do egzystencji społeczeństwa; zajmijmy się najpierw mieszkaniami. Każde wielkie miasto ma jedną lub więcej „gorszych dzielnic”, gdzie w ciasnocie tłoczy się klasa robotnicza. Często co prawda biedota mieszka w ukrytych uliczkach tuż obok pałaców bogaczy; ale na ogół wyznaczono jej osobny rejon, gdzie usunięta sprzed oczu szczęśliwszych klas ma sobie sama radzić, jak potrafi. Te gorsze dzielnice są we wszystkich miastach Anglii prawic jednakowo zbudowane: najgorsze domy w najgorszej części miasta; najczęściej jednopiętrowe lub parterowe budynki z cegły, w długich rzędach, w miarę możności z zamieszkałymi suterenami i prawie wszędzie bezładnie rozstawione. Te domki, składające się z trzech lub czterech pokoi i kuchni, zwane są cottages, i stanową na ogół w całej Anglii – z wyjątkiem kilku dzielnic Londynu – mieszkania klasy robotniczej. Same ulice są zazwyczaj nie brukowane, wyboiste, brudne, pełne odpadków roślinnych i zwierzęcych, pozbawione kanałów ściekowych i rynsztoków; ale za to są na nich stojące, cuchnące kałuże. Przy tym wentylacja, wskutek bezładnego sposobu budowania całej dzielnicy, jest utrudniana, a ponieważ żyje tu na małej przestrzeni wiele ludzi, można sobie łatwo wyobrazić, jakie w tych dzielnicach robotniczych jest powietrze. Ponadto przy ładnej pogodzie ulice służą do suszenia bielizny; rozpina się sznury od domu do domu i wiesza na nich mokrą bieliznę.
Przyjrzyjmy się niektórym z tych gorszych dzielnic. A więc najpierw Londyn*, w Londynie zaś owo sławne „gniazdo kruków" (rookery), St. Giles, które teraz wreszcie ma być przecięte kilkoma szerokimi ulicami i ulec w ten sposób unicestwieniu. Oto St. Giles leży w środku najbardziej zaludnionej części miasta, otoczone wspaniałymi, szerokimi ulicami, po których przechadza się wielki świat Londynu — w bezpośredniej bliskości Oxford Street i Regent Street, Trafalgar Square i wybrzeża. Jest to bezładnie ustawiona masa wysokich trzy- lub czteropiętrowych domów, ulice są wąskie, kręte i brudne, a panuje na nich co najmniej taki sam ruch jak na głównych ulicach miasta, tylko że w St. Giles widzi się jedynie ludzi z klasy pracującej. Ulice służą za targowisko; kosze z warzywami i owocami — wszystko to oczywiście w najgorszym gatunku i ledwo nadające się do spożycia — jeszcze bardziej zacieśniają przejścia, a wydobywają się z nich jak i ze sklepów masarskich odrażające zapachy. Domy są zamieszkane od piwnic aż pod sam dach, brudne na zewnątrz i wewnątrz, a wyglądają tak, że nikt nie chciałby w nich zamieszkać. Lecz to wszystko jest jeszcze niczym wobec mieszkań w ciasnych podwórkach i zaułkach pomiędzy ulicami, do których wchodzi się przez kryte przejścia między domami; brud oraz rozpaczliwy stan walących się ruder przechodzi wszelkie wyobrażenie. Nie ma prawie ani jednej całej szyby w oknach, mury pokruszone, odrzwia i ramy okienne porozwalane i poodrywane, drzwi pozbijane ze starych desek lub też w ogóle brak drzwi — tu, w tej złodziejskiej dzielnicy, drzwi nawet nie są potrzebne, gdyż nie ma tu co kraść. Kupy śmieci i popiołu leżą wszędzie wokoło, a wylewane przed drzwi pomyje zbierają się w cuchnące kałuże. Mieszkają tu najbiedniejsi z biednych, najgorzej płatni robotnicy, pospołu ze złodziejami, oszustami i ofiarami prostytucji — przeważnie są to Irlandczycy lub potomkowie Irlandczyków — a ci, którzy nie utonęli jeszcze w odmęcie otaczającego ich upadku moralnego, z każdym dniem pogrążają się w nim coraz głębiej i z każdym dniem coraz bardziej tracą siły do walki z demoralizującymi wpływami nędzy, brudu i złego otoczenia.
Ale St. Giles nie jest jedyną „gorszą dzielnicą” Londynu. W tym ogromnym kłębowisku ulic istnieją setki i tysiące ukrytych uliczek i zaułków, których domy są zbyt nędzne dla każdego, kto może jeszcze cokolwiek przeznaczyć na to, żeby mieszkać po ludzku — a takie kryjówki najskrajniejszej nędzy spotyka się często tuż obok wspaniałych domów bogaczy. I tak niedawno przy okazji oględzin jakichś zwłok określono okolicę tuż przy Portman Square — bardzo przyzwoitym przecież placu — jako kwaterę „tłumu Irlandczyków zdemoralizowanych brudem i nędzą”. Przy takich też ulicach jak Long Acre itd., które nie są wprawdzie eleganckie, ale jednak dość przyzwoite, znaleźć można mnóstwo suteren, z których wychodzą na światło dzienne chorowite postacie dzieci i na wpół zagłodzone, obdarte kobiety. Tuż przy teatrze Drury Lane — drugim w Londynie — znajduje się kilka najpodlejszych ulic z całego miasta: Charles, King i Parker Street, których domy również od piwnic aż pod sam dach zamieszkują same biedne rodziny. W parafiach St. John i St. Margaret w Westminster w roku 1840, według Dziennika Towarzystwa Statystycznego, mieszkało w 5 294 „mieszkaniach” — jeśli zasługują one na takie miano — 5366 rodzin robotniczych, mężczyzn, kobiet i dzieci, stłoczonych razem bez względu na wiek i płeć, łącznie 26 830 osób, przy czym z wyżej podanej liczby rodzin — trzy czwarte miało tylko po jednej jedynej izbie. W arystokratycznej parafii St. George, Hanover Square, według tego samego źródła, mieszkało w podobnych warunkach 1 565 rodzin robotniczych, łącznie blisko 6000 osób — również i tutaj przeszło dwie trzecie całej liczby miało po jednej izbie na rodzinę. A jak klasy posiadające w sposób legalny wyzyskują biedę tych nieszczęśliwców, u których nawet złodzieje nie spodziewają się niczego znaleźć! Za ohydne mieszkania w okolicy Drury Lane, o których wyżej wspomniano, płaci się następujące komorne: za 2 izby w suterenie 3 szylingi tygodniowo, za 1 pokój na parterze 4 szylingi, na 2 piętrze 4 szylingi i 2 pensy, na 2 piętrze 4 szylingi, za izbę na poddaszu 3 szylingi — tak iż sami tylko wygłodzeni mieszkańcy Charles Street płacą właścicielom domów roczny haracz w wysokości 2000 f. szt. (14000 talarów), a wspomniane 5366 rodzin w Westminster płaci roczny czynsz o łącznej wysokości 40000 f. szt. (270000 talarów). Największa jednak dzielnica robotnicza leży na wschód od Tower — w Whitechapel i Bethnal Green, gdzie skoncentrowana jest główna masa robotników londyńskich. Posłuchajmy, co mówi o stanie swej parafii kaznodzieja kościoła św. Filipa w Bethnal Green, pan G. Aston:
„Liczy ona 1 400 domów, które zamieszkuje 2 795 rodzin, czyli około 12 000 osób. Powierzchnia zamieszkana przez tę tak wielką ilość ludzi ma niespełna 400 jardów (1 200 stóp) kwadratowych, nic więc dziwnego, że przy takim stłoczeniu spotyka się męża, żonę, czworo lub pięcioro dzieci, a czasami jeszcze dziadka i babkę w jednej izbie o powierzchni 10 do 12 stóp kwadratowych, i tu pracują oni, jedzą i śpią. Sądzę, że zanim biskup londyński zwrócił uwagę społeczeństwa na tę skrajnie ubogą parafię, na zachodnim krańcu miasta wiedziano o nich równie mało jak o dzikich z Australii czy z Wysp Południowych. Jeżeli kiedyś na własne oczy zobaczymy cierpienia tych nieszczęśliwców, jeżeli przysłuchamy się ich rozmowom przy nędznym posiłku i zobaczymy ich złamanych chorobą lub bezrobociem, to znajdziemy taką masę bezradności i nędzy, że naród taki jak nasz powinien się wstydzić, iż podobne rzeczy w ogóle istnieją. Byłem proboszczem w Huddersfield przez trzy lata, w ciągu których fabryki miały się najgorzej, ale nigdy nie widziałem tak całkowitej bezradności biednych, jak wtedy w Bethnal Green. W całym sąsiedztwie nawet jeden ojciec rodziny na dziesięciu nie ma innego ubrania prócz roboczego, które przy tym jest tak liche i w strzępach, jak to tylko możliwe. Wielu prócz tych łachmanów nie ma nawet innego przykrycia na noc, a za łoże nic poza workiem wypchanym słomą i wiórami”. Już z powyższego opisu widzimy, jak te mieszkania wyglądają wewnątrz. Dla uzupełnienia obrazu udajmy się jeszcze za angielskimi urzędnikami do kilku mieszkań proletariackich, dokąd oni niekiedy zachodzą.
Z okazji oględzin zwłok 45-letniej Anny Galway, dokonanych w dniu 16 listopada 1843 r. przez p. Cartera, coronera* okręgu Surrey, prasa podaje następujący opis mieszkania zmarłej: mieszkała ona pod nrem 3, White Lion Court, Bermondsey Street w Londynie wraz ze swym mężem i 19-letnim synem w małym pokoju, w którym nie było ani łóżka, ani pościeli, ani żadnych mebli. Leżała martwa obok swego syna na kupie pierza, które przywarło do jej prawie nagiego ciała, gdyż nie było ani koca, ani prześcieradła. Pierze przylepiło się tak silnie, że lekarz nie mógł zbadać zwłok, zanim nie zostały oczyszczone. Następnie zaś stwierdził, że ciało jest niezmiernie wychudzone i całe pogryzione przez robactwo. Część podłogi w pokoju była zerwana, a dziura służyła rodzinie za ustęp.
W poniedziałek dnia 15 stycznia 1844 postawiono przed sądem policyjnym przy ulicy Worship Street w Londynie dwóch chłopców za to, że z głodu ukradli ze sklepu na wpół ugotowaną nogę wołową, którą natychmiast zjedli. Sędzia policyjny czuł się w obowiązku przeprowadzić bliższe dochodzenia i uzyskał od funkcjonariuszy policji następujące wyjaśnienie: matka owych chłopców była wdową po starym żołnierzu, a późniejszym policjancie; po śmierci męża powodziło jej się z jej dziewięciorgiem dzieci bardzo źle. Mieszkała w największej nędzy pod nrem 2, Pool's Place, Quaker Street, Spitalfields. Gdy przybył tam funkcjonariusz policji, zastał ją wraz z sześciorgiem jej dzieci stłoczonych dosłownie w małej izdebce, pozbawionej mebli, wyjąwszy dwa stare plecione krzesła bez siedzeń, mały stolik o dwóch połamanych nogach, rozbitą filiżankę i małą miskę. Na palenisku nie było śladu ognia, a w kącie leżało tyle starych łachmanów, ile jedna kobieta mogłaby zmieścić w fartuchu — one to służyły jednak całej rodzinie za posłanie; do okrycia się nie mieli nic oprócz własnych nędznych ubrań. Biedna kobieta opowiedziała mu, że musiała zeszłego roku sprzedać swoje łóżko, aby zdobyć żywność; prześcieradła oddała sklepikarzowi w zastaw za odrobinę żywności i w ogóle wszystko musiała sprzedać, aby zdobyć chleb. Sędzia policyjny dał owej kobiecie spory zasiłek z puszki dla ubogich.

[...]


Nie mam zgoła zamiaru twierdzić, że wszyscy robotnicy londyńscy żyją w takiej nędzy, jak wspomniane [...] rodziny. Wiem dobrze, że dziesięciu powodzi się lepiej, wówczas gdy jeden leży na ziemi stratowany przez społeczeństwo; twierdzę jednak, że tysiące pracowitych i zacnych rodzin — o wiele bardziej zacnych, bardziej godnych szacunku niż wszyscy bogacze Londynu łącznie — tysiące znajdują się w tej niegodnej człowieka sytuacji i że każdego proletariusza, każdego bez wyjątku, bez jego winy i wbrew wszystkim jego wysiłkom, może spotkać podobny los.
Przy tym wszystkim jednak szczęśliwi jeszcze są ci, którzy mają jakikolwiek dach nad głową — szczęśliwi w porównaniu z całkiem bezdomnymi. W Londynie wstaje co rano pięćdziesiąt tysięcy ludzi nie wiedząc, gdzie złożą głowę następnej nocy. Szczęśliwsi z nich, którym udaje się odłożyć do wieczora jednego lub parę pensów, idą do domu noclegowego (zwanego lodging-house), których mnóstwo istnieje we wszystkich wielkich miastach i gdzie za pieniądze znajdują schronienie. Ale jakie schronienie! Dom wypełniony jest od góry do dołu łóżkami, w jednej izbie jest cztery, pięć, sześć łóżek — tyle, ile się zmieści. Do każdego łóżka pakuje się cztery, pięć, sześć osób, również tyle, ile się zmieści — chorych i zdrowych, starców i młodych, mężczyzn i kobiet, pijanych i trzeźwych, jak popadnie, wszystkich pospołu, bez różnicy. Zdarzają się więc kłótnie, bijatyki i poranienia — jeśli zaś towarzysze łoża tolerują się nawzajem, to jest jeszcze gorzej: planuje się kradzieże albo robi się rzeczy tak bestialskie, że język cywilizowanych ludzi wzbrania się wyrazić to słowami. A co robią ci, którzy nie mogą opłacić takiego noclegu? Ci śpią tam, gdzie znajdą miejsce: w pasażach, pod arkadami, w byle jakim kącie, byle im tylko nie przeszkodziła spać policja czy właściciel. Niektórzy chronią się w przytułkach założonych tu i ówdzie przez prywatną dobroczynność, inni śpią w parkach na ławkach, tuż pod oknami królowej Wiktorii – posłuchajmy, co mówi „Times” z października 1843:
„Z podanego przez nas wczoraj protokołu policyjnego wynika, że przeciętnie pięćdziesiąt istot ludzkich sypia każdej nocy w parkach, nie mając żadnej innej osłony przed niepogodą prócz drzew i pewnej ilości jam w nasypach. Większość z nich to młode dziewczęta uwiedzione przez żołnierzy, ściągnięte do stolicy i pchnięte w szeroki świat, w zupełne osamotnienie pośród nędzy w obcym mieście, w szaloną lekkomyślność przedwczesnego występku.
To zaprawdę straszne! Wszędzie muszą być biedni. Niedostatek wszędy znajdzie sobie drogę i w całej swej ohydzie zamieszka w sercu wielkiego i bujnego miasta. Obawiamy się, że w tysiącu ciasnych uliczek i zaułków ludnej metropolii zawsze musi być wiele cierpień, wiele tego, co razi oczy — wiele tego, co nigdy nie wychodzi na światło dzienne.
Ale że też w okręgu, którym zawładnęło bogactwo, wesołość i przepych, że w pobliżu królewskiej wspaniałości St. James, tuż przy jarzącym się pałacu Bayswater, gdzie schodzą się stara i nowa dzielnica arystokratyczna, w okolicy, gdzie ostrożna i wyrafinowana sztuka nowoczesnego budownictwa miejskiego wystrzegała się wzniesienia biedocie choćby najmniejszej chatki, w okolicy, która zda się być poświęcona tylko i wyłącznie rozkoszom bogactwa — że też tam: grasują nędza i głód, choroba i występek ze wszystkimi związanymi z tym okropnościami, pochłaniając po kolei jedno ciało po drugim, jedną duszę po drugiej!
To rzeczywiście potworny stan. Najwyższe rozkosze, jakich dostarczyć może tężyzna fizyczna, intelektualna podnieta i niewinne uciechy zmysłowe — w bezpośrednim zetknięciu z najstraszniejszą nędzą! Bogactwo śmiejące się tam na górze, w błyszczących salonach, z brutalnym, bezmyślnym śmiechem w obliczu nie znanych mu ran niedostatku! Radość wyśmiewająca nieświadomie, lecz okrutnie ból, który jęczy tam w dole! Wszystkie przeciwieństwa zderzyły się tu w walce — wszystkie prócz występku, który wodzi na pokuszenie, i występku, który pozwala się kusić... Wszyscy powinni pamiętać, że w najświetniejszym okręgu najbogatszego miasta na ziemi, noc w noc każdej zimy można spotkać kobiety młode wiekiem, lecz stare grzechem i cierpieniem, wyrzutki społeczeństwa gnijące za życia o głodzie, wśród brudu i chorób. Niech pamiętają o tym i uczą się nie teoretyzować, lecz działać. Bóg świadkiem, wielkie jest dziś pole do działania!”

[...]


Opuśćmy Londyn, [...] Zacznijmy od Dublina, miasta, do którego wjazd od strony morza jest równie uroczy, jak imponujący jest wjazd do Londynu; zatoka dublińska jest najpiękniejszą zatoką wysp brytyjskich, a Irlandczycy porównują ją zazwyczaj nawet z zatoką neapolitańską. Samo miasto jest również niezwykle piękne, a jego dzielnice arystokratyczne zbudowane są lepiej i gustowniej niż w jakimkolwiek innym mieście brytyjskim. Ale za to uboższe dzielnice Dublina należą do najobrzydliwszych i najwstrętniejszych, jakie można zobaczyć na świecie. Ubogie dzielnice Dublina są niezmiernie rozległe, a brud, nieprzytulność domostw, zaniedbanie ulic przechodzą wszelkie pojęcie. O tym, jak stłoczona jest tu biedota, można sobie wyrobić zdanie na podstawie sprawozdania inspektorów domu pracy. Ze sprawozdania wynika, że w 1817 r. przy Barrack Street w 52 domach o łącznej liczbie 390 izb mieszkało 1318 osób, a przy Church Street i w okolicy w 71 domach o 393 izbach — 1997 osób; że
„zarówno w tej, jak i w przyległej dzielnicy istnieje mnóstwo śmierdzących (foul) zaułków i podwórzy; do niektórych suteren światło dochodzi tylko przez drzwi, a w wielu z nich mieszkańcy śpią na gołej ziemi, jakkolwiek większość z nich posiada przynajmniej łóżko; natomiast np. Nicholson's Court mieści w dwudziestu ośmiu małych, nędznych izbach 151 osób znajdujących się w największej nędzy, tak że we wszystkich mieszkaniach w całym tym domu można było naleźć tylko dwa łóżka i dwie kołdry”.

[...]


To samo opowiada nam dr Alison o Edynburgu — znów miasto, którego wspaniałe położenie, zapewniające mu miano nowoczesnych Aten, oraz pełna przepychu dzielnica arystokratyczna w nowej części miasta stanowią jaskrawy kontrast z cuchnącą nędzą biedaków Starego Miasta. Alison twierdzi [...] że sytuacja biednych w Szkocji, zwłaszcza w Edynburgu i Glasgow, jest gorsza niż w jakiejkolwiek innej części królestwa brytyjskiego i że najbiedniejsi są nie Irlandczycy, lecz Szkoci. Kaznodzieja starego kościoła w Edynburgu, dr Lee, oświadczył w 1836 r. przed Commission of Religious Instruction:
„Nigdzie przedtem nie widział takiej nędzy, jak w swojej parafii. Ludzie nie mają mebli, nie mają w ogóle nic; częstokroć w jednym pokoju mieszkają dwa małżeństwa. W ciągu jednego dnia zwiedził on siedem domów, w których nie było łóżka — w kilku nie było nawet słomy; osiemdziesięcioletni ludzie spali na drewnianej podłodze, prawie wszyscy spędzali noc w ubraniach. W jakiejś piwnicznej izbie znalazł dwie szkockie rodziny ze wsi; wkrótce po ich przybyciu do miasta zmarło im dwoje dzieci, trzecie było w czasie jego odwiedzin umierające. Każda rodzina miała w kącie brudną kupę słomy, na dobitek zaś w piwnicy, która była tak ciemna, że za dnia nie można w niej było rozpoznać człowieka, znajdował się jeszcze osioł. Nawet serce z twardego kamienia musiałoby krwawić na widok podobnej nędzy w takim kraju jak Szkocja”.
Podobny stan rzeczy opisuje dr Hennen [...] Na krawędziach łóżek sypiają kury, w jednej izbie razem z ludźmi śpią psy, a nawet konie, naturalnym zaś następstwem tego jest panujący w tych mieszkaniach potworny brud i zaduch, jak również mnóstwo wszelkiego rodzaju robactwa. Sposób budowania Edynburga sprzyja w najwyższym stopniu temu okropnemu stanowi. Stara część miasta zbudowana jest na obu zboczach wzgórza, a grzbietem jego biegnie główna ulica (high street), od niej rozchodzi się w obie strony z góry ku dołowi mnóstwo wąskich, krzywych uliczek, zwanych z powodu swych licznych zakrętów „wynds”, i one tworzą proletariacką część miasta. Domy miast szkockich są na ogół wysokie, pięcio- i sześciopiętrowe, podobnie jak w Paryżu, a w przeciwieństwie do Anglii, gdzie w miarę możności każdy ma swój oddzielny dom, mieszka w nich wielka liczba różnych rodzin; stłoczenie wielu ludzi na małej powierzchni zwiększa się przez to jeszcze bardziej.
Miesięcznik The Artizan z października 1843 roku pisze: „Te ulice są często tak wąskie, że z okna jednego domu można wejść do okna domu przeciwległego, a przy tym domy wznoszą się piętro nad piętrem tak wysoko, że światło z trudem może się przedrzeć na podwórko lub w uliczkę leżącą między domami. W tej części miasta nie ma kanalizacji, a domy nie mają ani ścieków, ani ustępów; a zatem wszelkie brudy, odpadki i wydaliny co najmniej 50 000 osób wrzuca się co noc do rynsztoków, tak że mimo zamiatania ulic tworzy się masa zeschłego gnoju i unosi się cuchnący zaduch, co nie tylko razi wzrok i powonienie, ale zagraża też w najwyższym stopniu zdrowiu mieszkańców. Czy można się dziwić, że w takich pomieszczeniach pomija się zupełnie wszelki wzgląd na zdrowie, obyczaje, a nawet na najzwyklejszą przyzwoitość? Przeciwnie, wszyscy ci, którzy znają bliżej sytuację mieszkańców, mogą potwierdzić, w jakim stopniu rozpleniły się tu choroby, nędza i demoralizacja. Społeczeństwo stoczyło się w tych okolicach do niebywale niskiego i nędznego poziomu. Mieszkania uboższej klasy są na ogół bardzo brudne i widocznie nie sprząta się ich nigdy; składają się one najczęściej z jednej tylko izby, w której brak wszelkiej wentylacji, a równocześnie jest zimno z powodu rozbitych lub źle dopasowanych okien; nierzadko panuje w niej wilgoć, a sama izba znajduje się częściowo pod ziemią; jest ona zawsze źle umeblowana i straszliwie nieprzytulna; kupa słomy służy często całej rodzinie za łóżko, na którym leżą pospołu pokotem mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, w sposób zgoła oburzający. Wody można nabrać tylko z pomp publicznych, a przyniesienie jej kosztuje wiele trudu, co sprzyja naturalnie wszelkiemu możliwemu niechlujstwu”.
W innych wielkich miastach portowych sprawa nie przedstawia się lepiej. Liverpool z całym swoim handlem, przepychem i bogactwem traktuje przecież swych robotników w taki sam barbarzyński sposób. Dokładnie piąta część ludności — a więc ponad 45 000 ludzi — mieszka w ciasnych, ciemnych, wilgotnych i stęchłych, dusznych suterenach, których jest w mieście 7 862. [...] W Bristolu dokonano przy pewnej okazji lustracji wśród 2 800 rodzin robotniczych, z których 46 procent miało tylko jedną izbę.
Zupełnie to samo spotykamy w miastach fabrycznych. Nottingham liczy ogółem 11 000 domów, z których około 7 do 8 tysięcy zbudowanych jest w ten sposób, że przylegają do siebie tylnymi ścianami, wobec czego wentylacja na przestrzał jest niemożliwa; prócz tego jest najczęściej tylko jeden wspólny ustęp do dyspozycji większej liczby domów. Podczas pewnej niedawno dokonanej inspekcji stwierdzono, że wiele rzędów domów zbudowanych jest nad płytkimi rowami ściekowymi, których nic więcej nie pokrywało, jak tylko deski podłóg. W Leicester, Derby i Sheffield sprawa też nie wgląda inaczej.

[...]


Glasgow jest pod wieloma względami podobne do Edynburga.

[...]


J.C. Symons, komisarz rządowy do badania sytuacji tkarzy-rękodzielników [pisze]: „Widziałem nędzę w kilku najgorszych jej odmianach, zarówno tu jak i na kontynencie, ale zanim nie zwiedziłem wynds miasta Glasgow, nie wierzyłem, żeby w jakimkolwiek cywilizowanym kraju mogło istnieć tyle przestępstw, nędzy i chorób. W podlejszych domach noclegowych sypia pospołu na podłodze po dziesięć, dwanaście, czasem dwadzieścia osób obu płci i różnego wieku, w rozmaitym stopniu obnażenia. Pomieszczenia te są na ogół tak brudne, wilgotne i zrujnowane, że nikt nie chciałby w nich umieścić swego konia”

[...]


„Wynds miasta Glasgow mieszczą w sobie ludność [...] w granicach od piętnastu do trzydziestu tysięcy. Dzielnica ta składa się z samych ciasnych uliczek i czworokątnych podwórzy, pośrodku których leży zawsze kupa gnoju. Chociaż już wygląd zewnętrzny tych dzielnic był oburzający, to jednak byłem jeszcze za mało przygotowany na brud i nędzę, jaka panowała wewnątrz. W kilku izbach sypialnych [...] w nocy znaleźliśmy zbitą warstwę istot ludzkich rozciągniętych na podłodze, często piętnaście do dwudziestu osób, niektóre ubrane, inne nagie, mężczyźni i kobiety razem. Posłaniem ich była podściółka ze zbutwiałej słomy zmieszanej z kilkoma łachmanami. Mebli nie było, a jedyną rzeczą, która nadawała tym norom jakiś pozór mieszkalnej izby, był ogień na kominku. Złodziejstwo i prostytucja stanowią główne źródła dochodu tych ludzi. Nikt, zdaje się, nie zadał sobie trudu oczyszczenia tej stajni Augiasza, tego Pandemonium, tego kłębowiska przestępstw, brudu i zarazy w centrum tego drugiego w państwie miasta. [...] Większość domów w tej dzielnicy określił Court of Guild jako grożące zawaleniem i nie nadające się do zamieszkania – lecz właśnie te są najbardziej zamieszkane, ponieważ w myśl ustawy nie wolno za nie żądać czynszu”.

[...]


Jeśli przejdziemy lub przejedziemy się koleją przez Blacstone Edge, to znajdziemy się na klasycznym terenie, na którym przemysł angielski dokonał swego wielkiego dzieła i skąd wywodzą się wszystkie ruchy robotnicze — w południowym Lancashire z jego centralnym miastem Manchesterem. Znowu mamy piękną pagórkowatą krainę, która na zachód od działu wodnego opada łagodnie ku Morzu Irlandzkiemu, krainę ślicznych zielonych dolin rzek Ribble, Irwell i Mersey oraz ich dopływów. Kraj, który przed stu laty był jeszcze przeważnie bagnem i słabo zaludniony, jest usiany obecnie miastami i wsiami i stanowi najludniejszy pas ziemi angielskiej. Lancashire, a zwłaszcza Manchester jest zarówno kolebką jak i ośrodkiem brytyjskiego przemysłu; giełda manchesterska jest barometrem wszelkich wahań obrotu przemysłowego, nowoczesna sztuka fabrykacji osiągnęła w Manchesterze szczyt doskonałości. W przemyśle bawełnianym południowego Lancashire występuje maksymalne wyzyskanie sił przyrody, wsparcie pracy ręcznej przez maszyny (szczególnie w postaci krosien mechanicznych i samoprząśnicy wózkowej — selfactomule) oraz najdalej posunięty podział pracy;

[...]


Równocześnie jednak tutaj także musiały w sposób najpełniejszy i najczystszy rozwinąć się następstwa, które pociągnął za sobą nowoczesny przemysł w odniesieniu do klasy pracującej, i musiał też wystąpić w klasycznej postaci proletariat przemysłowy. Upośledzenie robotnika, jakie wywołało zastosowanie siły parowej, maszyn i podziału pracy, oraz usiłowania proletariatu, by wydostać się z tej poniżającej sytuacji, musiały tu również osiągnąć punkt szczytowy i z całą jasnością dotrzeć do świadomości. Toteż dlatego, że Manchester jest klasycznym typem nowoczesnego miasta przemysłowego, a także dlatego, że znam go tak dokładnie jak swoje miasto rodzinne — dokładniej niż większość mieszkańców — chciałbym się tu nieco dłużej zatrzymać.
Miasta leżące wokół Manchesteru, jeśli chodzi o ich dzielnice robotnicze, niewiele różnią się od miasta centralnego, tyle tylko, że robotnicy stanowią w nich jeszcze większą część ludności aniżeli w Manchesterze. Są to bowiem miejscowości czysto przemysłowe, a wszelkie interesy handlowe załatwia się w Manchesterze i przez Manchester; są one pod każdym względem zależne od Manchesteru i dlatego mieszkają w nich tylko robotnicy, fabrykanci i podrzędni kramarze — podczas gdy Manchester posiada jednak jeszcze bardzo znaczną ilość ludności handlowej, a zwłaszcza sporo składów hurtowych i większych sklepów detalicznych. Dlatego też Bolton, Preston, Wigan, Bury, Rochdale, Middleton, Heywood, Oldham, Aston, Stalybridge, Stockport itd. — jakkolwiek są to wszystko miasta liczące trzydzieści, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt do dziewięćdziesięciu tysięcy mieszkańców — stanowią prawie wyłącznie wielkie osiedla robotnicze; gdzieniegdzie tylko znajdują się fabryki, a wzdłuż nielicznych głównych ulic ciągną się sklepy; u wylotu kilku szos znajdują się domy fabrykantów, położone w ogrodach niczym wille. Miasta same zabudowane są źle i bezplanowo, mają brudne podwórza, uliczki i zaułki, są pełne dymu; mają one szczególnie ponury wygląd z powodu cegły, która pierwotnie jasnoczerwona, z czasem jednak staje się czarna od dymu; cegła bowiem jest tu powszechnie stosowanym materiałem budowlanym. Sutereny są tu rzeczą powszechną; tam gdzie tylko można, buduje się te podziemne nory, w których mieszka bardzo znaczna część ludności.
[...] Każde z [tych małych miasteczek] posiada swoje odrębności, ale na ogół robotnicy żyją w nich zupełnie tak samo jak w Manchesterze; [...]

[...]


Samo miasto [Manchester] zbudowane jest tak osobliwie, że można w nim mieszkać latami, wchodzić i wychodzić z niego codziennie, nie docierając nigdy do dzielnicy robotniczej ani nawet nie stykając się z robotnikami — póki chodzi się jedynie za swoimi interesami lub na spacer. Wynika to głównie stąd, że zarówno wskutek nieświadomej, milczącej umowy, jak również dzięki z góry powziętym celowym planom okręgi robotnicze oddzielono jak najściślej od części miasta oddanych do dyspozycji klasy średniej, a tam gdzie się to nie udało, otacza się je jakby zasłoną miłosierdzia. Manchester mieści w swym centrum dosyć rozległą dzielnicę handlową, o długości około pół mili i równie szeroką, utworzoną niemal wyłącznie przez biura i składy towarów. Prawie cała dzielnica jest niezamieszkana, a w nocy opuszczona i pusta — tylko patrolujący policjanci przechadzają się ze swymi ślepymi latarkami po ciasnych, ciemnych uliczkach. Okolicę tę przecina kilka większych ulic, na których tłoczy się cały ogromny ruch, a patery domów zajęte są przez wspaniałe sklepy; na tych ulicach górne piętra są tu i ówdzie zamieszkane i panuje tam aż do późnego wieczora dość ożywiony ruch uliczny. Z wyjątkiem tej dzielnicy handlowej cały właściwy Manchester, całe Salford i Hulme, znaczna część Pendleton i Chorlton, dwie trzecie Ardwick oraz niektóre ulice Cheetham Hill i Broughton – wszystko to stanowi jeden okręg robotniczy, który otacza dzielnicę handlową pasem przeciętnie półtoramilowej szerokości Na zewnątrz tego pasa mieszka wielka i średnia burżuazja: średnia na normalnych ulicach w pobliżu dzielnicy robotniczej, zwłaszcza w Chorlton i w położonych głębiej okolicach Cheetham Hill - wielka w bardziej odległych willach otoczonych ogrodami, w Chorlton i Ardwick lub na przewiewnych wzgórzach Cheetham Hill, Broughton i Pendleton - na świeżym, zdrowym powietrzu wiejskim, we wspaniałych, wygodnych mieszkaniach, obok których co pół godziny lub co kwadrans przechodzą omnibusy zdążające do miasta. A co najciekawsze w tym wszystkim, to że ci bogaci arystokraci pieniądza mają możność udania się do swych przedsiębiorstw, położonych w centrum miasta, najkrótszą drogą biegnącą poprzez wszystkie dzielnice robotnicze, nie spostrzegając nawet, że znajdują się w sąsiedztwie najokropniejszej nędzy, która kryje się na prawo i lewo. Większe ulice bowiem, biegnące od giełdy we wszystkich kierunkach poza miasto, mają po obu stronach prawie nieprzerwane rzędy sklepów, a więc znajdują się w rękach średniej i drobnej burżuazji, która w imię swych interesów dba i może dbać o przyzwoitszy i czystszy ich wgląd. Oczywiście sklepy te łączy jakby powinowactwo z okręgami, które leżą poza nimi: w dzielnicy handlowej i w pobliżu dzielnic burżujów są więc elegantsze niż tam, gdzie mają przesłonić brudne cottages robotnicze; wystarczają jednak w każdym razie, by ukryć przed oczami bogatych panów i dam o mocnym żołądku i słabych nerwach nędzę i brud, które stanowią dopełnienie ich bogactwa i luksusu. jak np. Deans gate, ulica wiodąca od starego kościoła prosto na południe, zabudowana jest na początku składami towarowymi i fabrykami, następnie drugorzędnymi sklepami i kilku piwiarniami, a jeszcze dalej na południe, gdzie opuszcza dzielnicę handlową, niepokaźnymi sklepikami, które im dalej, tym są brudniejsze i coraz gęściej przeplatane szynkami i knajpami, aż wreszcie na południowym krańcu wygląd sklepów nie pozostawia żadnej wątpliwości, że klientami ich są robotnicy i tylko robotnicy. Tak samo Market Street biegnąca od giełdy na południowy wschód; początkowo wspaniałe sklepy pierwszej kategorii, a na wyższych piętrach biura i składy towarowe; na dalszym odcinku (Piccadilly) kolosalne hotele i składy towarowe; w dalszym przedłużeniu (London Road), w okolicy rzeki Medlock — fabryki, szynki, sklepy dla drobniejszej burżuazji i robotników, dalej przy Ardwick Green mieszkania wielkiej i średniej burżuazji, a za nimi wielkie ogrody i wille bogatszych fabrykantów i kupców. W ten sposób, jeśli zna się Manchester, można by na podstawie głównych ulic wnioskować o przyległych dzielnicach, rzadko jednak uda się stamtąd zobaczyć rzeczywiste dzielnice robotnicze. Wiem bardzo dobrze, że ten obłudny sposób budowania jest mniej lub więcej właściwy wszystkim wielkim miastom; wiem również, że detaliczni kupcy, już choćby ze względu na charakter swego przedsiębiorstwa, muszą dla siebie zajmować wielkie przelotowe ulice; wiem, że wszędzie przy takich ulicach więcej jest domów dobrych aniżeli lichych i że w ich pobliżu wartość gruntów jest wyższa niż w odległych okolicach; jednocześnie jednak nie znalazłem nigdzie tak systematycznej izolacji klasy robotniczej od głównych ulic, tak subtelnie czułego przesłonięcia wszystkiego, co by mogło urazić oczy i nerwy burżuazji, jak w Manchesterze. A przecież skądinąd właśnie Manchester budowano mniej według planu czy według przepisów policyjnych, a raczej bardziej przypadkowo aniżeli jakiekolwiek inne miasto. Ale kiedy rozważam gorące zapewnienia klasy średniej, że robotnikom powodzi się znakomicie, wówczas wydaje mi się jednak, że liberalni fabrykanci, ci „big whigs” Machesteru, nic są tak zupełnie niewinni, jeśli chodzi o to przeczulenie w sposobie budowania.

Nadmienię jeszcze tylko, że zakłady fabryczne skupiają się prawie wszystkie nad brzegami trzech rzek lub różnych kanałów, których rozgałęzienia przecinają miasto [...]. Dawni mieszkańcy [resztek starego Manchesteru] przeprowadzili się ze swym potomstwem do lepiej zbudowanych dzielnic, pozostawiając zbyt dla nich liche domy robotnikom, którzy mają pewną, dość znaczną domieszkę krwi irlandzkiej. Znajdujemy się tutaj naprawdę w niczym prawie nie przesłoniętej dzielnicy robotniczej, bo nawet sklepy i szynki na tej ulicy nie zadają sobie trudu, by wyglądać nieco czyściej. Ale to wszystko jest jeszcze niczym wobec uliczek i podwórzy, które leżą od tyłu i do których dociera się tylko krytymi przejściami, tak ciasnymi, że nie mogą pomieścić dwóch idących obok siebie ludzi. Nie sposób sobie wyobrazić tego bezładnego, urągającego wszelkiemu rozsądnemu budownictwu skupienia domów, tej ciasnoty, tego, jak się tłoczą dosłownie jedne przy drugich. I nie tylko budynki pozostałe z czasów dawnego Manchesteru ponoszą za to winę; bezład ten w nowszych czasach dopiero osiągnął szczyt: wszędzie tam, gdzie budownictwo wcześniejszego okresu pozostawiło trochę przestrzeni, wszystkie te miejsca tak zabudowano i załatano, że w końcu między domami nie zostało ani cala gruntu, który by można było jeszcze zabudować.

[...]


W dole nad rzeką stoją liczne garbarnie, które napełniają całą okolicę odorem gnijącego mięsa. Na podwórza poniżej Ducie Bridge schodzi się najczęściej po ciasnych, brudnych schodach, do domów zaś dociera się tylko po kupach gruzu i śmieci.

[...]


Widok z tego mostu — subtelnie ukryty za murowaną balustradą wysokości dorosłego człowieka przed oczami śmiertelników niższego wzrostu — jest w ogóle charakterystyczny dla całej dzielnicy.
W głębi płynie lub raczej ledwie się posuwa Irk czarna jak smoła, cuchnąca, wąska, rzeka, pełna brudów i odpadków, które wyrzuca na prawy, niższy brzeg: przy suchej pogodzie na brzegu tym pozostaje długi szereg najobrzydliwszych, czarnozielonych zamulonych kałuż, z głębi których ustawicznie unoszą się pęcherzyki miazmatycznych gazów, wydzielając odór, który nawet wysoko na moście, czterdzieści czy pięćdziesiąt stóp ponad powierzchnią wody, jeszcze jest nie do zniesienia. W dodatku samą rzekę wstrzymują co krok wysokie zapory, za którymi szlam i odpadki osiadają grubymi warstwami i gniją. Powyżej mostu stoją wysokie garbarnie, dalej w górę farbiarnie, młyny do mielenia kości i gazownia, z których ścieki i odpadki wędrują wszystkie razem do Irku, wchłaniającego nadto jeszcze zawartość przyległych kloak i ustępów. Można więc sobie wyobrazić, jakiego rodzaju są owe osady, które pozostawia rzeka. Poniżej mostu widzi się wprost kupy gruzu, śmiecie, błoto i ruiny w podwórzach na lewym, stromym brzegu; domy stoją wszędzie jeden tuż za drugim, a ponieważ brzeg stopniowo się wznosi, widać z każdego kawałek — wszystkie są czarne od dymu, zmurszałe, stare, z porozbijanymi szybami i połamanymi ramami w oknach. Tło stanowią stare koszarowe budynki fabryczne. Na prawym, bardziej płaskim brzegu stoi długi rząd domów i fabryk — już drugi z kolei dom jest ruderą bez dachu, pełną gruzu, trzeci zaś stoi tak nisko, że najniższa kondygnacja nie nadaje się do zamieszkania, wobec czego jest bez okien i drzwi. Tło stanowi tu cmentarz ubogich, dworce liverpoolskiej i leedskiej linii kolejowej i stojący za nimi dom pracy przymusowej — manchesterska „bastylia ustawy o ubogich” — który ze wzgórza, spoza wysokich mrów i wież, jak cytadela, groźnie spogląda na przeciwległą dzielnicę robotniczą.
Powyżej Ducie Bridge lewy brzeg staje się bardziej płaski, prawy zaś bardziej stromy, natomiast stan mieszkań po obu stronach rzeki Irk raczej gorszy niż lepszy. Jeśli się skręci tu na lewo z głównej ulicy — ciągle jeszcze Long Millgate — człowiek się gubi; wpada z jednego podwórza na drugie, kręci się wśród samych zakamarków, wszędzie trafia na ciasne, brudne zaułki i przejścia — aż po kilku minutach traci wszelką orientację i nie wie już wcale, dokąd się obrócić. Wszędzie budynki na wpół lub całkowicie rozwalone — niektóre są rzeczywiście nie zamieszkane, a to ma tutaj swoją wymowę — w domach rzadko jest drewniana lub kamienna podłoga, za to prawie zawsze połamane, źle dopasowane okna i drzwi, no i jakiż brud! — wszędzie kupy gruzu, odpadki i paskudztwo; stojące kałuże zamiast ścieków i odór, który już sam wystarczy, by jako tako cywilizowanemu człowiekowi uczynić mieszkanie w takim okręgu nie do zniesienia. [...] Wzdłuż pełnego wyrw brzegu, klucząc między słupkami i sznurami na bieliznę, dociera się do tego chaosu małych parterowych i jednoizbowych chałup, przeważnie bez podłogi, w których mieści się kuchnia, stołowy i sypialnia — wszystko razem. W jednej takiej norze, zaledwie sześć stóp długiej i pięć szerokiej, widziałem dwa posłania — ale cóż za łóżka i pościel! — które wraz ze schodami i paleniskiem akurat wystarczały, by zapełnić cały pokój. W wielu innych nie widziałem zupełnie nic, chociaż drzwi były szeroko otwarte, a mieszkańcy stali oparci o nie. Przed drzwiami wszędzie gruz i śmieci; czy jest pod tym coś w rodzaju bruku, trudno było dojrzeć, można było jedynie wyczuć tu i ówdzie stopami, Cała ta masa chlewów zamieszkanych przez ludzi zamknięta była z dwu stron domami i fabryką, z trzeciej zaś rzeką, i oprócz wąskiej ścieżki nadbrzeżnej jedno tylko ciasne przejście przez bramę wiodło na zewnątrz — do innego, prawie tak samo nędznie zbudowanego jak i utrzymanego labiryntu mieszkań.
Dosyć o tym! W ten sposób zabudowany jest cały brzeg rzeki Irk: bez jakiegokolwiek planu, byle jak stłoczona masa domów, mniej lub więcej niezdatnych do zamieszkania, których brudne wnętrza całkowicie odpowiadają niechlujnemu otoczeniu. Jakże ci ludzie mają być czyści! Nie ma nawet odpowiednich warunków do zaspokojenia najnaturalniejszych i najbardziej powszednich potrzeb. Ustępy trafiają się tu tak rzadko, że albo napełniają się w ciągu jednego dnia, albo są dla większości zbyt odległe. Jak się mają ci ludzie myć, skoro w pobliżu mają tylko brudną wodę z Irku, wodociągi zaś i pompy znajdują się dopiero w przyzwoitych dzielnicach! Doprawdy nie można winić tych helotów współczesnego społeczeństwa, jeśli ich mieszkania nie są czystsze od chlewów, które spotyka się tu i ówdzie wśród domów! Przecież właściciele domów nie wstydzą się wynajmować takich mieszkań jak owe sześć czy siedem piwnic przy bulwarze, tuż poniżej Scotland Bridge, których podłoga leży co najmniej o dwie stopy poniżej powierzchni wody płynącego nie dalej niż o sześć stóp stamtąd Irku — i to przy niskim jego stanie, albo takich jak górne piętro w narożnym domu na przeciwległym brzegu, tuż powyżej mostu, w domu, którego parter jest nie zamieszkany, gdzie zamiast drzwi i okien zieją puste otwory — a przecież są to wypadki zdarzające się w tej okolicy nierzadko, przy czym zazwyczaj całe sąsiedztwo z braku ubikacji używa takiej stojącej otworem dolnej kondygnacji jako ustępu!
Jeśli porzucimy Irk, by po przeciwległej stronie Long Milgate dostać się znowu do ośrodka mieszkań robotniczych, wówczas dojdziemy do nieco nowszej dzielnicy, która rozciąga się od kościoła St. Michael po Withy Grove i Shude Hill. Tu panuje trochę większy porządek; zamiast chaotycznego budownictwa znajdujemy tu przynajmniej długie, proste uliczki i zaułki lub specjalnie budowane, najczęściej czworokątne podwórza; ale jak w poprzednim wypadku każdy poszczególny dom, tak tutaj co najmniej każdą uliczkę i każde podwórze zabudowano samowolnie i nic bacząc na położenie pozostałych. Uliczki biegną raz w jednym, raz w drugim kierunku, co krok wpada się w ślepy zaułek lub na dobudowany narożnik, który prowadzi znowu właśnie tam, skąd się wyszło — kto nie mieszkał dostatecznie długo w tym labiryncie, z pewnością się w nim nie zorientuje. Wentylacja ulic — jeśli wolno mi użyć tego słowa w stosunku do tego okręgu — jak i podwórzy staje się przez to tak samo niewystarczająca jak w okolicach nad rzeką Irk; [...] w omawianym zaś teraz okręgu znajdujemy ponadto jeszcze inną rzecz, która ujemnie wpływa na czystość mieszkańców, a mianowicie mnóstwo świń, które spacerują tu wszędzie po uliczkach ryjąc w śmieciach, lub są zamknięte na podwórzach w małych chlewach. Podobnie jak w większości dzielnic robotniczych Manchesteru, tak i tu hodowcy świń wynajmują sobie podwórza i ustawiają na nich chlewy; prawie na każdym podwórzu jest jeden lub nawet kilka takich odgrodzonych kątów, do których mieszkańcy podwórza wrzucają wszelkie odpadki i śmiecie — w rezultacie świnie się tuczą, powietrze zaś, i tak już zamknięte w tych podwórzach zabudowanych ze wszystkich czterech stron, staje się zupełnie złe wskutek rozkładu substancji roślinnych i zwierzęcych. Przez okręg ten przebito szeroką, dość przyzwoitą ulicę Millers Street, zakrywając z pewnym powodzeniem tyły; jeśli jednak ktoś z ciekawości da się wciągnąć do jednego z licznych przejść, które prowadzą na podwórza, wówczas może zobaczyć takie dosłownie zaświnione zabudowania co dwadzieścia kroków.
Takie jest Stare Miasto Manchesteru — a gdy przeglądam raz jeszcze swój opis, muszę wyznać, że nie jest on bynajmniej przesadzony, że przeciwnie, jest wciąż jeszcze zbyt mało jaskrawy, by unaocznić, jak brudne, niechlujne i nie nadające się do mieszkania są tu domy, unaocznić urągające wszelkim względom czystości, wentylacji i zdrowotności budownictwo tego okręgu, liczącego co najmniej dwadzieścia do trzydziestu tysięcy mieszkańców. I taka dzielnica istnieje w centrum drugiego co do wielkości miasta Anglii, pierwszego miasta fabrycznego na świecie! Jeśli kto chce zobaczyć, jak mało miejsca wystarczy człowiekowi do poruszania się, jak mało powietrza — i to jakiego powietrza! — starczy mu w ostateczności do oddychania, jak mała dawka cywilizacji potrzebna mu jest w życiu — ten powinien przyjść tutaj. Jest to wprawdzie Stare Miasto — i na to powołują się tu ludzie, gdy im się mówi o potwornym stanie tego piekła na ziemi — ale cóż z tego? Wszystko, co tu tak gwałtownie wzbudza w nas wstręt i oburzenie, jest nowszego pochodzenia, należy do epoki przemysłowej. Te kilkaset domów należących do starego Manchesteru dawno zostały opuszczone przez swych pierwotnych mieszkańców; wyłącznie przemysł ponapychał w nie tłumy robotników, którzy znajdują w nich obecnie schronienie; to właśnie przemysł zabudował każdy kawałek ziemi między tymi starymi domami, by móc jako tako osiedlić te masy, które sobie sprowadził z okolic rolniczych i z Irlandii; to przemysł pozwala właścicielom tych bud dobrych dla bydła wynajmować je za wysokim czynszem ludziom na mieszkania, wyzyskiwać ubóstwo robotników, podkopywać zdrowie tysięcy po to, jedynie żeby oni mogli się bogacić; to przemysł sprawił, że ledwo uwolniony z poddaństwa robotnik mógł być znowu użyty po prostu jako materiał, jako rzecz, że musiał się dać zamknąć w mieszkaniu, które dla innych było zbyt liche, a któremu on za swe drogie pieniądze ma prawo pozwolić rozpaść się do reszty. Sprawił to tylko przemysł, który nie mógłby istnieć bez tych robotników, bez ich ubóstwa i niewoli. Prawda, że dzielnica ta była źle budowana od samego początku i że wiele dobrego nie można było z niej zrobić — ale czy władze lub właściciele parcel uczynili coś, by poprawić ten stan rzeczy podczas późniejszej przebudowy? Przeciwnie, tam gdzie był jeszcze jakiś wolny kącik, postawiono dom, gdzie było jeszcze zbyteczne wyjście, zabudowano je; wartość gruntów rosła wraz z rozwojem przemysłu, a im bardziej rosła, tym bardziej rósł szał budowania, mając jedynie na oku możliwie największy zysk, nie oglądając się na zdrowie i wygodę mieszkańców — wszak żaden barak nie jest tak lichy, by nie znalazł się nędzarz, który nie może opłacić lepszego.

[...]


przedsiębiorcy — najczęściej murarze i cieśle lub fabrykanci — częściowo dlatego, aby nie uszczuplać dochodu z najmu, częściowo z powodu zbliżającego się terminu zwrotu placu bardzo mało lub zgoła nic nie wydatkują na remonty, że wskutek kryzysów handlowych i następującego po nich bezrobocia często całe ulice są nie zamieszkane i że w wyniku tego wszystkiego cottages bardzo szybko rozpadają się i stają się niezdatne do użytku. Rzeczywiście, na ogół oblicza się, że mieszkania robotnicze nadają się do zamieszkania przeciętnie tylko przez czterdzieści lat; brzmi to co najmniej dziwnie, gdy się widzi piękne, masywne mury nowo wybudowanych cottages, które zdają się obiecywać kilkuwiekową trwałość — a jednak tak właśnie rzecz się ma; skąpość pierwotnych wkładów, zaniedbanie wszelkich remontów, fakt, że cottages są często nie zamieszkane, ciągłe i częste zmienianie się mieszkańców i przy tym spustoszenia, jakich dokonują podczas ostatnich dziesięciu lat używalności mieszkańcy, najczęściej Irlandczycy, którzy wyłamują nierzadko drewniane części i zużywają je na opał — wszystko to po czterdziestu latach doprowadza te cottages do ruiny. [...] Nie chcę mówić o tym, jak wielkie kapitały idą w ten sposób na marne, jak nieznacznie wystarczyłoby zwiększyć pierwotne wkłady i późniejsze remonty, aby przez długie lata utrzymać cały ten okręg w stanie czystym, porządnym, przydatnym do zamieszkania — chodzi mi tu tylko o stan domów oraz położenie ich mieszkańców i naprawdę trzeba tu powiedzieć, że nie ma bardziej szkodliwego i demoralizującego sposobu osiedlania robotników jak właśnie ten. Robotnik jest zmuszony mieszkać w takich zniszczonych cottages, ponieważ lepszych nie może opłacić albo ponieważ w pobliżu jego fabryki nie ma lepszych, albo też wręcz dlatego, że należą one do fabrykanta, który przyjmuje go do pracy tylko wtedy, gdy wprowadzi się do takiego mieszkania.

[...]


Ta wschodnia i północno-wschodnia strona Manchesteru jest jedynym miejscem, gdzie nie pobudowała się burżuazja — z tego powodu, że panujący tu przez dziesięć czy jedenaście miesięcy w roku wiatr zachodni i południowo-zachodni pędzi wciąż w tamtą stronę dym ze wszystkich fabryk — a jest go niemało. Mogą go sobie sami robotnicy wdychać.

[...]


Tak oto wyglądają rozmaite dzielnice robotnicze Manchsteru, które sam miałem sposobność obserwować w ciągu dwudziestu miesięcy. Jeśli zbierzemy wyniki po tych okolicach, musimy powiedzieć, że z trzystu pięćdziesięciu tysięcy robotników Manchesteru i jego przedmieść prawie wszyscy mieszkają w lichych, wilgotnych i brudnych cottages, że ulice, przy których się te cottages mieszczą, znajdują się przeważnie w najgorszym i najbardziej niechlujnym stanie i że zabudowywano je nie dbając o wentylację, a mając na względzie jedynie zysk wpływający do kieszeni budującego — słowem, że w mieszkaniach robotniczych Manchesteru nie może być mowy o czystości lub wygodzie, a zatem nie można się w nich zadomowić; że tylko pozbawiona człowieczeństwa, zdegradowana, intelektualnie i moralnie zepchnięta do stanu zwierzęcego, fizycznie schorzała rasa może się w tych mieszkaniach czuć wygodnie i swojsko.

[...]


Na zakończenie zbierzmy pokrótce jeszcze raz przytoczone fakty: wielkie miasta zamieszkują głównie robotnicy, gdyż w najlepszym wypadku jeden burżuj przypada na dwóch, często też trzech, tu i ówdzie na czterech robotników. Robotnicy ci pozbawieni są absolutnie wszelkiej własności i żyją z płacy roboczej, która prawie zawsze idzie cała na wyżywienie. Rozbite na atomy społeczeństwo nie troszczy się o nich, każe im samym troszczyć się o siebie i o rodziny, nie dając im jednak żadnych środków, by mogli to uczynić w sposób skuteczny i trwały. Każdy robotnik, nawet najlepszy, narażony jest zatem bezustannie na niebezpieczeństwo bezrobocia, to znaczy śmierci głodowej; wielu zaś od niej ginie. Mieszkania robotników są wszędzie źle rozmieszczone, źle zbudowane, źle utrzymane, mają złą wentylację, są wilgotne i niezdrowe; mieszkańcy stłoczeni są na minimalnej powierzchni, najczęściej zaś w jednym pokoju sypia co najmniej jedna rodzina. Wnętrze mieszkań jest ubogie, w różnym jednak stopniu, aż do całkowitego braku najniezbędniejszych nawet mebli. Odzież robotników jest zazwyczaj również nędzna, a u bardzo wielu z nich są to łachmany. Pożywienie na ogół złe, często prawie nie nadające się do spożycia, u wielu, przynajmniej w pewnych okresach, ilościowo niewystarczające, tak że w skrajnym wypadku następuje śmierć z głodu. Tak więc klasa robotnicza wielkich miast przedstawia drabinę rozmaitych sytuacji życiowych — w najlepszym wypadku przemijająco znośna egzystencja, za wytężoną pracę dobra płaca, dobre mieszkanie i nawet niezłe pożywienie — oczywiście wszystko dobre i znośne z punktu widzenia robotników — w najgorszym wypadku skrajna nędza, która może dojść aż do bezdomności i śmierci głodowej; stan przeciętny znajduje się jednak znacznie bliżej wypadku najgorszego niż najlepszego. W drabinie tej nie ma bynajmniej stałych klas, tak by można było powiedzieć: tej grupie robotników powodzi się dobrze, tamtej źle i tak już pozostanie, i tak było od dawna; jeśli wnet zdarza się to tu i ówdzie, jeśli poszczególne gałęzie pracy są w całości uprzywilejowane w porównaniu z innymi, to sytuacja robotników w każdej gałęzi ulega jednak tak silnym wahaniom, iż każdemu poszczególnemu robotnikowi może się zdarzyć, że przebędzie wszystkie szczeble drabiny pomiędzy względnym komfortem a skrajnym niedostatkiem, a nawet śmiercią głodową — i rzeczywiście prawie każdy proletariusz angielski może opowiedzieć o nader zmiennych kolejach losu.

Dodatkowe informacje

W tym nagraniu czytam fragmenty rozdziału „Wielkie miasta” z książki pt. „Położenie klasy robotniczej w Anglii” autorstwa Fryderyka Engelsa.

Młody Engels został wysłany przez ojca do Anglii, gdzie miał nabierać biznesowych doświadczeń zdala od radykalizującego wpływu niemieckiej inteligencji. A jednak doświadczenie życia w Anglii i obserwacja życia codzienniego wokół siebie jedynie wzmocniły socjalistyczne sentymenty, które posiadał Engels. Książka została napisana przez Engelsa zanim zaczął

Wersja PDF