Michael Parenti
Superpatriotyzm, prawdziwy patriotyzm i znaczenie bycia numerem jeden
Linki:Tytułem tego wykładu jest „superpatriotyzm, prawdziwy patriotyzm i znaczenie bycia numerem jeden”. Jako gość radiowych talk show-ów krytykowałem przy wielu okazjach politykę zagraniczną USA i pewnego razu zdenerwowany słuchacz zadzwonił i powiedział mi – „czy kochasz swój kraj?”. To pytanie było oczywiście retoryczne, ponieważ był to ktoś, kto uznał za stosowne kwestionować mój patriotyzm, ponieważ kwestionowałem decyzje naszych liderów. Gdy się nad tym zastanowimy, jest to naprawdę dziwne. Mój rozmówca prezentował symptomy czegoś, co można nazwać superpatriotyzmem, czasem otępiałym patriotyzmem, albo pseudo patriotyzmem. Fenomen ten jest najlepiej zdefiniowany jako gotowość, by podążać za naszymi liderami bezkrytycznie, we wszystkich ich przedsięwzięciach wobec innych narodów, zwłaszcza kiedy te przedsięwzięcia są konfrontacyjne i wojownicze oraz zawierają w sobie kwestię dumy narodowej lub użycia siły militarnej. To jest definicja superpatriotyzmu.
Ten superpatriotyzm, inaczej znany jako amerykański szowinizm towarzyszył nam przez kawał naszej historii. Niezależnie czy jest to ostatnie schronienie łajdaków, jak powiedziałby dr. Johnson, z pewnością jest to efektywne narzędzie zniechęcania i dyskredytowania publicznej dyskusji. Cóż, myślę, że nadszedł czas, by superpatrioci uzasadnili swoją wersję patriotyzmu i opowiedzieli nam, o co w niej chodzi. Na przykład – co mają na myśli, kiedy mówią, że kochają swój kraj? Co mają na myśli przez „kraj”? Akademia nie jest kompletnie bezwartościowa – uczysz się zadawać wiele trywialnych pytań, szczegółowych pytań. Zapytałem więc – co to znaczy, że kochasz kraj? To znaczy, że kochasz każdy region i miejsce w Stanach Zjednoczonych? Oczywiste jest, że niewiele z nas było w każdym regionie i miejscu oraz że niewiele z nas uznałoby wszystkie regiony i miejsca za warte miłości. Czy miłość do kraju oznacza miłość do amerykanów? Cóż, znowu, nawet najbardziej towarzyscy wśród nas spotkali relatywnie niewielką część populacji Ameryki i założyłbym się, że ci superpatrioci nie kochają wszystkich sektorów Amerykańskiej publiki – zwłaszcza ci bardziej fanatyczni superpatrioci w rzeczywistości raczej nie lubią wiązać się, ani pozytywnie utożsamiać z pewnymi ludźmi z powodów ich religii, rasy i klasy.
Czy superpatriota kocha Amerykę za jej historię i kulturę? Jestem bardzo sceptyczny, ponieważ odnoszę wrażenie, że superpatrioci wiedzą bardzo niewiele o Amerykańskiej historii i kulturze i w zasadzie większość z tego jest przez nich raczej niedoceniana. Ponadto istnieje okropna strona naszej historii, która wcale na miłość nie zasługuje, na przykład eksterminacja rdzennych amerykańskich, indiańskich narodów, zniewolenie Afrykańczyków, wojny agresji w Wietnamie, Meksyku, Kanadzie, Filipinach i gdzie indziej. Możemy również nie być zauroczeni pewnymi aspektami Amerykańskiej kultury – na pewno nie umysłową krzywdą dokonywaną przez telewizję w godzinach największej oglądalności, komercjalizmem, korporacyjną zachłannością, ekologiczną dewastacją, ekonomiczną i rasową niesprawiedliwością.
Jeżeli zostanę poproszony, by udowodnić mój patriotyzm przez miłość do Amerykańskiej pop-kultury, to obawiam się, że mogę nie zdać tego egzaminu. Wydaje mi się więc, że Ameryka, którą kochają superpatrioci nie, jest geograficzną całością, nie jest wielką populacją, nie jest historią ani kulturą. Wydaje mi się, że Ameryka, którą mówią, że kochają – ta Ameryka jest ideologiczną abstrakcją. Jest wzruszającym symbolem, który może zostać ucieleśniony w innych abstrakcyjnych symbolach, takich jak flaga. To jest miłość bez zawartości. W sensie – jak można kochać coś takiego jak flaga? Flaga, jak dobrze wiecie, jest kawałkiem szmaty na patyku. Ma kolory i symbole. Jeśli kochasz tę flagę, a ta flaga jest symbolem twojego kraju – to jest rodzaj miłości, który wydaje się nie mieć żadnej zawartości.
Mówiąc to, pozwólcie mi samemu sobie zaprzeczyć – ponieważ jest jedna rzeczywista zawartość superpatriotyzmu. Jego główną substancją jest militaryzm. Pacyfiści, politolodzy i aktywiści – a propo, dobrzy pacyfiści nie są pasywni, są pacyfistami i są dość aktywni. Pacyfista i aktywista Milford Sibley odnotował kiedyś, że – cytuję – „patriotyzm dla większości profesjonalnych patriotów wydaje się nierozerwalnie połączony z przemocą militarną i wojną”. I rzeczywiście, najbardziej militarystyczni pośród nas myślą, że są największymi patriotami. Czy nie jest to niezwykłe, że patriotyczne cnoty są zrównywane z militarystycznymi? Valley Forge, Alamo, Gettysburg, USS Maine, Pearl Harbor, wznoszenie flagi na Iwo Jimie, D-Day, zaginieni w Akcji i więźniowie wojenni i tak dalej – nasz kraj, nie zależnie czy ma rację, czy nie – wydaje się ciągle w stanie wojny lub gotowości do wojny.
Upamiętnienia naszych narodowych liderów podczas świąt publicznych byłyby niekompletne bez maszerującej piechoty, pokazów broni, wojskowej muzyki, formacji myśliwców pędzących ponad naszymi głowami, nawet w lokalnych społecznościach, kiedy organizują patriotyczne święta, zazwyczaj mają maszerujące orkiestry w pół-wojskowych mundurach, licealnych kadetów z karabinami na ramionach, jeśli w okolicy jest baza wojskowa. Pamiętam raz, gdy byłem w Urbana, Illinois. Stałem tam czwartego lipca, oglądając paradę i na jednej z platform dostrzegłem nagle rakietę, małą rakietę – narzędzie śmierci na platformie. I kiedy przejeżdżała obok nas, ludzie wokół mnie zaczęli oklaskiwać ten nieożywiony przedmiot. Nie było tam nawet pilota ani nikogo, kto by tę rakietę mógł obsłużyć – nie było żołnierza, który by ją dosiadł i machał do nas, mówiąc „Yeah, patrzcie na mnie”. To było dla mnie za dużo – ludzie po prostu oklaskiwali tę broń, a potem przejechała platforma z myśliwcem z napędem odrzutowym – i jego też ludzie zaczęli oklaskiwać. To było w czasie, gdy te rzeczy były używane w Wietnamie.
Cóż, nawet fajerwerki podczas czwartego lipca czasami są bardzo łagodną reprezentacją, a nawet repliką rakiet. Rakiety rozświetlają niebo na czerwono, bomby wybuchają w powietrzu, podczas gdy rozbrzmiewa główna patriotyczna piosenka na naszej paradzie patriotycznych hitów. Max Weber kiedyś powiedział, że nieodłączną cechą państwa jest monopol na legalne użycie przemocy – i możemy być pewni, że państwowe ceremonie większości państw zawierają jakiś pokaz militarnej siły.
Sposób, w jaki superpatrioci wyrażają swoją dumę narodową, sprawia, że czuję się niekomfortowo. Wydaje się, że miłość, którą mamy mieć wobec tego kraju, opiera się na jakiegoś rodzaju konkurencji z innymi krajami. Że ta miłość istnieje kosztem innych krajów. Że ta miłość jest oparta na jakimś ubliżającym porównaniu do innych krajów, które są gorsze, które nie są aż tak dobre. Jeśli kochamy nasz kraj, musimy wierzyć, że jest on lepszy niż jakikolwiek inny. Superpatrioci nawet zapytają nas – czy nie uważasz, że to jest najlepszy kraj na świecie? Czy nie kochasz go, bo jest lepszy? To jest coś, co możemy natychmiastowo zdiagnozować jako syndrom „bycia numerem jeden”. Słyszałem o byciu numerem jeden wiele razy, ale pierwszy raz, kiedy naprawdę się to utrwaliło w mojej głowie, był, gdy kiedyś w późnych latach sześćdziesiątych usłyszałem prezydenta Richarda Nixona, który ogłosił – i cytuję – „Ameryka jest wciąż numerem jeden”.
Słucham tego i myślę sobie – okej, numer jeden, hej, to nieźle, numer jeden sprawia, że czuję się dobrze, sprawia, że czuję się jak numer jeden, a to całkiem niezłe, ale byłem zakłopotany tym, ponieważ zakładało to, że istniejemy w jakiejś wrogiej relacji z innymi narodami i innymi krajami, że w jakiś sposób nasza wspaniałość i nasze dobro może tylko być zmierzone w porównaniu do nich i do naszej umiejętności w byciu najdorodniejszym z bananów. Mówię więc, okej, jesteśmy numerem jeden.
I wtedy jedno z tych kłopotliwych pytań znowu odwiedziło moją głowę i powiedziałem – jeśli jesteśmy numerem jeden, to w czym jesteśmy numerem jeden? I co sprawia, że ktoś jest numerem jeden? Populacja? Jeśli tak, to Chińczycy otrzymują wszelkie nagrody w tej kategorii. Geografia? Nie, jeśli tak, to Sowieci, a nawet Kanada ma więcej nieruchomości niż my, nie jesteśmy nawet numerem jeden, jeśli chodzi o rozmiar. Nie chcę nawet myśleć o innych krajach, które mogą przodować nad nami w produkcji stali i innym podstawowym przemyśle. Byliśmy kiedyś numerem jeden w tej dziedzinie, ale ześlizgnęliśmy się na dół listy, ponieważ nasi superpatriotyczni korporacyjni przywódcy opuścili nasze społeczności i eksportowali nasze prace, zabierając fabryki do Taiwanu, Argentyny i Korei Południowej, gdzie mogą kupować pracę za niewolnicze pensje. Jeśli się nad tym zastanowimy, to nie jest sposób, w jaki powinni zachowywać się superpatrioci – to znaczy odbieranie nam naszych fabryk itp.
No więc myślę sobie, w czym możemy być tym numerem jeden. W kuchni narodowej? Proszę was. W tej kategorii jesteśmy daleko za Francją, Chinami, Japonią, Meksykiem, Włochami, Indiami, Grecją i innymi. Czy jesteśmy numerem jeden w handlu? Wiem, że byliśmy kiedyś, ale Japończycy odebrali nam tytuł bycia numerem jeden w tej kategorii, co wie każdy, kto w ostatnich latach zawitał do domu towarowego. A więc pytanie pozostaje. Siedziałem i pytałem się – w czym jesteśmy numerem jeden. Najlepsze, co mogłem zrozumieć z mamrotania superpatriotów, było to, że bycie numerem jeden sprowadza się do dwóch rzeczy – bogactwa, niezależnie od tego, w jaki sposób przebiega jego dystrybucja, ani w jakim celu i z jakim efektem jest ono używane; oraz siła militarna, niezależnie od tego, jak jest ona używana i czyim interesom służy.
Kilka lat temu prezydent Reagan wykrzyknął – cytuję – „Jesteśmy dumni i jesteśmy dumni z Ameryki. Kochamy Amerykę. Ameryka jest najwspanialsza”. I teraz tak – najwspanialsza – jeśli mówisz najwspanialsza, to jest to inny sposób powiedzenia, że jest ona numerem jeden. Możemy kochać Amerykę, ponieważ jest tak wspaniała – a implikacją jest, że możemy być dumni i możemy kochać Amerykę, ale gdyby nie była ona tak wspaniała, nie nadawałaby się do kochania. I to naprawdę zaczęło mnie martwić – superpatriotyczna miłość kraju wydaje się oparta na tym, że ten kraj jest lepszy i silniejszy niż inne kraje. Co się stanie, gdy stracimy tę pozycję? A co z innymi ludźmi, z gorszych krajów? Czy ktoś z Luksemburga – a Luksemburg jest tylko numerem sto dwadzieścia dwa, ledwo ponad San Marino, jeśli chodzi o jego militarną potęgę – co może zrobić ktoś z Luksemburga? Czy chodzi w kółko z zawstydzoną twarzą i jeśli powiemy mu – „ej ty, ty jesteś z Luksemburga”, to odpowie nam „nie, nie, ja jestem Francuzem”. Zapytamy go „czy kochasz swój kraj?”, a on odpowie nam „a co tam jest do kochania – nie ma armii, nie ma floty, tylko trochę straży granicznej”.
Superpatriotyczny fanatyzm, oceniony przez pryzmat agresji dokonanej przez USA przeciwko Grenadzie – dla nich takie wyczyny wojskowe są potwierdzeniem siły i wartości naszego narodu, a więc i indywidualnej siły i wartości. Są ludzie, którzy naprawdę mieli frajdę powodu inwazji Grenady. „Naprawdę skopaliśmy im tyłki, wow, jak Washington Redskins kontra drużyna futbolowa gimnazjum imienia świętej Marii”. Naprawdę im dowaliliśmy. Ronald Reagan, pogromca Grenady, wspominając swe największe militarne zwycięstwo, ogłosił tę eskapadę jako przykład, w jaki USA broni demokracji. Odkąd USA przejęło Grenadę, bezrobocie wzrosło trzykrotnie. Odkąd Grenada została wyzwolona z Moskiewskiego jarzma, lokalne przedsiębiorstwa, projekty rozwoju, programy zdrowotne i edukacyjne wszczęte przez ruch wyzwoleńczy zostały obalone i wycofane. Grenada jest ponownie bezpieczna dla penetracji prywatnego kapitału, a inwazja dokonana przez Reagana posłużyła, by poinformować inne karaibskie narody, żeby lepiej nie próbowały rozwijać alternatywnych porządków społecznych, które przeciwstawiają się woli międzynarodowych korporacji. To o to chodziło w tej inwazji i Ronald Reagan powiedział słusznie, że to „nie jest kwestią gałki muszkatołowej”. To nie była kwestia prywatnych, amerykańskich inwestycji w kraju, który jest maleńki – ma tylko sto dziesięć tysięcy ludzi. To była kwestia pokazania krajom karaibskim, że nie mogą być panami własnego losu, że nie mogą rozwijać swoich zasobów, pracy, ziemi, kapitału i technologii dla siebie samych, tylko że istnieją, bo mają być dojone. My zapłaciliśmy za tę ekspedycję, nasi synowie umarli podczas inwazji – było ich osiemnastu.
Większość patriotów nie myśli o Grenadzie w ten sposób – myślą o niej jako o prawdziwym zwycięstwie. Ale większość świata nie widzi tej inwazji jako żadnego rodzaju zwycięstwa – bo nim nie było. Nie została ona odebrana jako pokaz siły przez Amerykę Łacińską i większość innych narodów. Została odebrana jako pokaz słabości. Nie była widziana jako coś chwalebnego, a raczej wstydliwego – Najpotężniejszy kraj na świecie musi dokonać inwazji na mikropaństewko stu dziesięciu tysięcy ludzi i czuje się dumny, że tego dokonał. Wydano więcej odznaczeń za bohaterstwo na Grenadzie, niż było tam żołnierzy. Dosłownie setki odznaczeń dla oficerów, pułkowników i innych – wielu z nich nigdy nie opuściło pentagonu podczas całej operacji i otrzymali odznaczenia od pana Reagana, by potwierdzić ich heroizm i ogromne osiągnięcie. Patriotyzm tej wyprawy może jedynie sprawić, że możemy się zastanowić, czy USA faktycznie jest numerem jeden. Michael Dukakis, kandydat na prezydenta partii Demokratów podczas przemowy w Chicago w Marcu 1988 powiedział – cytuję – „potrzebujemy strategii, która sprawi, że Ameryka stanie się numerem jeden”. Myślałem, że już jesteśmy numerem jeden. Na pewno od czasu inwazji na Grenadzie jesteśmy numerem jeden. Ci demokraci próbują zasiać ziarno niepewności w naszych umysłach. W następnym miesiącu w Cleveland Michael Dukakis zapowiedział, że przejmie kontrolę nad naszą ekonomiczną przyszłością i nie spocznie, dopóki Ameryka nie będzie numerem jeden.
Jak wszyscy jego poprzednicy, Dukakis nie wyjaśnia, czemu bycie numerem jeden jest takie ważne, co to do cholery znaczy być numerem jeden. Ta fiksacja na punkcie bycia numerem jeden, panie i panowie, nie wydaje mi się być oznaką siły – a raczej oznaką słabości; nie oznaką bezpieczeństwa, a niepewności. Ludzie, którzy wiedzą, kim są, nie martwią się o bycie numerem jeden. Ludzie, którzy są połączeni z głębszymi wartościami społecznej sprawiedliwości i demokracji, nie pasjonują się deptaniem po maleńkim narodzie, którzy szuka przyjaźni i kooperacji. Nie muszą władać nim ani innymi narodami. Nie muszą szukać potwierdzenia siebie poprzez patrzenia na i wyobrażanie sobie niedociągnięć innych i nie czują się zagrożeni osiągnięciami i siłami innych ludzi. Nie panikują, kiedy nie wygrają największej ilości medali na olimpiadzie.
Obejrzyjcie igrzyska Olimpijskie – to świetny przypadek superpatriotyzmu. Pamiętam, jak w 84 oglądałem na igrzyskach zawody pływackie i kamera cały czas pokazywała tego jednego Amerykanina. Koleś zdobył trzecie miejsce. Kiedy odczytywali, kto wygrał złoto, srebro, można to było usłyszeć w tle, ale komentatorzy nie powiedzieli tego. Po prostu w kółko mówili imię tego Amerykanina. Mówili, że nie czuje się z tym najlepiej, pokazali znów powtórkę, jak wychodzi z wody, oh naprawdę okropne, że nie wygrał – tymczasem ja siedzę i w kółko powtarzam: „Kto wygrał? Kto wygrał? Kim są ci kolesie, z którymi jeszcze pływał w basenie?” Mówili o nim w kółko, a ja dosłownie nie mogłem się dowiedzieć, kto wygrał.
Podczas igrzysk zimowych w 84 zauważyłem, że NRD wygrywało coraz więcej i więcej medali. Wiek, w którym atleci zaczynali trenować, stawał się coraz niższy i wygrali kilka medali, a komentator powiedział „słyszałem, że w Niemczech wschodnich dzieciaki zaczynają trenować w wieku jedenastu, dwunatstu lat”. Wygrali jeszcze kilka medali i trzeciego dnia komentator mówił „słyszałem, że zaczynają ćwiczyć, kiedy mają siedem lub osiem lat”. Przed końcem igrzysk wygrali jeszcze kilka medali i komentatorzy powiedzieli, że „zaczynają ćwiczenia, kiedy mają cztery, lub pięć lat”, a potem pokazali nagranie tych maluchów na łyżwach z ich rodzicami i powiedziałem sobie: „o mój boże, te komuchy są wprost bezlitosne w tym, co robią swoim dzieciom”.
Moralność superpatriotyczna jest odwróceniem indywidualnej moralności. Dla superpatrioty państwo narodowe jest czymś więcej niż narzędziem – jest czymś więcej niż sposobem organizacji porządku i prawa i czegokolwiek innego, by wprowadzić dobre rzeczy w nasze życia. Nie jest wartością tylko jako narzędzie – staje się ostateczną wartością samą w sobie. Te inne rzeczy nie są już celem, stają się narzędziami. Państwo nie jest już po to, by nam służyć, my jesteśmy tu, by służyć państwu i gloryfikować państwo. Państwo staje się potężną istotą samą w sobie – silnie wyabstrahowanym symbolem, który rości sobie naszą całkowitą i kompletną lojalność. Istotą moralną samą w sobie, której istnienie i rozrost, kontynuacja, ekspansja i rozkwit są uznawane za samo–uzasadniające się. Można zapytać – czemu jest to tak ważne, by nasze państwo istniało, rosło, dokonywało ekspansji i rozkwitu, ale to zostanie uznane za niepatriotyczne. Kodeks moralny, który zaopatruje nacjonalizm, nie operuje w ten sam sposób, jak kodeks moralny, który odnosi się do jednostek. Założenie zawarte w tym, co rządzi indywidualną moralnością, mówi, że twoje zachowanie musi zostać poddane samoograniczeniu, a nawet samo poświęceniu, oraz że są pewne rzeczy, których nie powinniście robić, nawet jeśli są dla was wygodne i korzystne. Jeżeli macie impuls – nawet jeśli macie impuls je wykonać, bo służą waszemu własnemu interesowi, nie możecie ich wykonać – to jest całą esencją indywidualnego kodeksu moralnego.
Moralność indywidualna jest oparta na zrozumieniu, że grzech jest szkodliwym i niesprawiedliwym zachowaniem. Uważam, że jest coś takiego jak grzech – grzech jako szkodliwe i niesprawiedliwe zachowanie. Grzech zawsze leży w ludzkim potencjale. Popełnianie błędów jest ludzkie; popełnianie grzechów jest zbyt ludzkie.
Ale państwo narodowe jest czymś więcej niż człowiekiem i tutaj leży siła jego uroku. W sercu superpatriotycznej etyki leży wiara, że istnienie i czyny narodu są tak obdarowane cnotą, że nie są ograniczane przez typowe zasady życia. Naród nie zna żadnego ograniczenia własnego interesu, własnych żądz.
Panie i panowie, różnica pomiędzy indywidualną moralnością a moralnością narodową jest bardzo prawdziwa. Kiedy wywyższająca się jednostka dokona złego lub szkodliwego czynu, istnieje jakaś świadomość, że powinna ona być ukarana, albo przynajmniej zostaną zadane pytania, czy prawidłowe zasady nie zostały naruszone. Pewne czyny, które byłyby skandaliczne według indywidualnego kodeksu moralnego i niemożliwe do poparcia w życiu obywatelskim są oklaskiwane jako bohaterstwo, kiedy są wykonane w imieniu narodu. Można zrobić wszystko, jeżeli to jest uznawane za konieczne, leżące w narodowym interesie, czy ważne dla państwowego bezpieczeństwa
Kim są superpatrioci? Znajdziemy ich w wysokich i niskich miejscach. Są w białym domu w twoim lokalnym American Legion Post. Ja, wykłócałbym się, że superpatriotyzm nie jest efektem psychologii tłumu, nie jest efektem psychologii macho. […] Tymi, którzy pchają superpatriotyzm najbardziej wyraźnie, są nasi główni liderzy polityczni, publicyści, eksperci medialni, głowy instytucji, wliczając w to dyrektorów uczelni i korporacji. Ideologia superpatriotyczna jest propagowana przez klasę rządzącą tym społeczeństwem. […]
Nie ma czegoś takiego jak idea, która jest wirusem. Idee nie pływają wokół nas – idee udają się do konkretnych relacji społecznych. Idee są przekazywane przez strukturę społecznej organizacji, przez system społeczny. […]
Nie sądzę, że jest to manifestacja indywidualnej psychologii. Uważam, że jest to kierowana rzecz, ponieważ superpatriotyzm, psychologia macho, to nie jest coś, co po prostu łazi sobie w dowolnym kierunku – jest czymś ukierunkowanym w kierunku konkretnych celów politycznych, takich jak Kuba, Wietnam, Nikaragua, Związek Radziecki, Grenada – państwa, które rozwijały alternatywne porządki społeczne, które zagrażały globalnemu kapitalizmowi. […]
[…] jedną z głównych funkcji superpatriotyzmu jest rozmyć granice pomiędzy interesami klasowymi naszego społeczeństwa i przekonać nas, że jesteśmy wszyscy na tej samej łodzi – bogaci i biedni włącznie. Ja, ty, Melonowie, Morganowie i Rockefellerowie – jesteśmy przekonywani, że ludzie USA współdzielą interes z ogromnymi międzynarodowymi korporacjami – tymi samymi, które w każdej chwili mogą wyeksportować nasze prace i zostawić nas i opuścić nasze społeczności.
W rzeczywistości panie i panowie, bracia i siostry, jeśli chodzi o prawie każdy aspekt, my, ludzie nie jesteśmy w tej samej łodzi z wielkimi finansjerami i korporacjami. […] Daję wam przykład zatoki Perskiej, gdzie kosztuje nas dwa i pół dolara pozyskanie jednego dolara z ropy. To nie jest nieracjonalne, ponieważ to my płacimy dwa i pół dolara, a korporacje zyskują jednego dolara. Ta ropa nawet nie wędruje do USA – tylko 4% z niej kończy w USA […] wielkich karteli naftowych nie obchodzi, czy sprzedadzą ją we Francji, czy w Japonii […] Nie chronimy złóż ropy, tylko złoża tych korporacji – o to przykład polityki [...] gdzie należy mieć analizę klasową, a nie analizę wymachiwania flagą.
À propos – to jest równie prawdziwe dla starożytnych imperiów, jak i nowoczesnych imperiów. W 1919 konserwatywny ekonomista, bardzo, bardzo wybitny ekonomista Joseph Schumpeter opisał imperializm starożytnego Rzymu w słowach, które mogą brzmieć bardzo znajomo dla amerykanów dzisiaj. Powiedział: „Polityka, która udaje, że dąży do pokoju, lecz zawsze prowadzi do wojny. Polityka ciągłego przygotowania do wojny, polityka wścibskiego interwencjonizmu”. Pisał w 1919 o starożytnym Rzymie, że nie było zakątka znanego świata, gdzie, jak twierdzono, jakiś interes Rzymu nie był zagrożony lub atakowany. Jeżeli nie był to interes Rzymu, był to interes sojuszników Rzymu, a jeśli nie było tam sojuszników, to sojuszników się wymyślało. Kiedy nie było żadnej możliwości wymyślenia interesu Rzymu, który był zagrożony, to odwoływano się do państwowego honoru, który został obrażony. Walka była zawsze otoczona aurą legalizmu. Rzym był zawsze atakowany przez złowrogo nastawionych sąsiadów, zawsze walczył o przestrzeń, by móc oddychać, cały świat był przepełniony hordami wrogów i oczywistym obowiązkiem Rzymu było bronić się przed ich agresywnymi planami. Byli wrogami, którzy tylko czekali na okazję, by napaść na rzymski lud.
Schumpeter pisze dalej, że taka polityka może być zrozumiana poprzez przeanalizowanie tego, jakim krajowym interesom klasowym ta polityka służyła. Nawet konserwatyści mogą podjąć się klasowej analizy, jeżeli mówią o czymś, co wydarzyło się dwa tysiące lat temu. Nie zrobią tego tutaj i teraz. Schumpeter pisze dalej o krajowych interesach klasowych: ci, którzy na tym korzystali, byli arystokrackimi właścicielami ziemi, rolniczymi przedsiębiorcami zrodzonymi w walce przeciwko własnemu ludowi. Ich dominacja opierała się na kontroli machiny państwowej. Historyk Ernst Badian również mówił o Rzymie. Mówił, że żadna administracja w historii nie była tak całkowicie oddana sprawie okradania swoich poddanych dla prywatnego zysku klasy rządzącej, jak klasa rządząca Rzymu ostatniego okresu Republiki. Oczywiście pisał to, zanim administracja Reagana doszła do władzy.
Widząc hipokryzję i złowieszczość tego, czego dokonuje się w imię patriotyzmu, wśród lewicy, zwłaszcza w okresie wojny w Wietnamie, było wielu, którzy zaczęli atakować symbole patriotyzmu. Zaczęli atakować symbole naszego kraju, obwiniać o wszystko istotę zwaną Ameryką, a nawet pisali „Ameryka” przez trzy „K”. Palili amerykańskie flagi, przekonując miliony naszych rodaków, że są zdrajcami lub szaleńcami. W każdym razie obwiniali Amerykę za to, czego dokonuje w jej imieniu kilku imperialistów, militarystów i kapitalistów. Ci imperialiści, militaryści i kapitaliści w odpowiedzi na to legitymizowali swoje przestępstwa poprzez owijanie się w te flagi. Byli o wiele mądrzejsi. Podczas gdy my w Nowej Lewicy paliliśmy flagi – ja nigdy nie paliłem flagi, ale mam na myśli tych, co to robili – tamci owijali się w te flagi i dzięki temu mogli przedstawić całą opozycję do swojej polityki jako atak przeciwko Ameryce, a nie krytykę Ameryki. Nie jako atak na Nixona, nie jako atak na politykę Nixona, lecz jako atak na Amerykę. To dawało im znaczną psychologiczną przewagę.
Dla klasy rządzącej i jej reprezentantów, takich jak Richard Nixon, a dzisiaj Jean Kirkpatrick i Ronald Reagan, stało się bardzo łatwe określanie wszystkich protestujących, jako część tłumu, który „nienawidzi Ameryki”. Myślę, że anarchistyczne tendencje Nowej Lewicy dolały paliwa do superpatriotycznego ognia. Anarchiści widzą państwo jako wroga, zamiast widzieć zestaw konkretnych polityk i konkretne klasowe interesy konkretnych państw. Nie chcę przesadzać, ale w pewnym sensie myślę, że są lustrzanym odbiciem superpatriotów. Podnoszą państwo do statusu bezcielesnej istoty, która jest doskonale zła. Superpatrioci podnoszą państwo do statusu bezcielesnej istoty, która jest doskonale cnotliwa, która jest celem samym w sobie, która sama w sobie jest moralną istotą. A więc anarchiści atakują symbole państwa i grają prosto ręce liderów, którzy zawsze szukają okazji, by postawić znak równości pomiędzy interesami klas rządzących i samym państwem, którzy zawsze szukają okazji, by postawić znak równości pomiędzy interesami ich klasy społecznej a ogólnymi interesami społeczeństwa, którzy próbują postawić znak równości pomiędzy ich polityką i ich przedsięwzięciami a potrzebami amerykańskiego ludu. Ci liderzy stawiają znak równości pomiędzy ich zgniłą, niesprawiedliwą polityką, a dobrym imieniem naszego narodu.
Lecz w kontraście do superpatriotów istnieją prawdziwi patrioci, którzy na przykład nie chcą patrzeć, jak dobre imię naszego kraju jest brudzone. Prawdziwi patrioci kochają swój kraj wystarczająco, by chcieć go ulepszyć. Patriotyzm ma społeczną zawartość i tą społeczną zawartością jest sprawiedliwość. Prawdziwi patrioci chcą robić rzeczy sposobem amerykańskim, sposobem demokratycznym, nie chcą mieć nic wspólnego z tajnymi krypto faszystowskimi klikami państwa policyjnego, lecz chcą otwartej debaty, chcą otwarcie stawiać wyzwanie uprzywilejowanym. Prawdziwi patrioci wiedzą, że demokracja nie jest jedynie możliwością przeprowadzenia wyborów, lecz również obowiązkiem służenia ludziom, zapewnienia podstawowych potrzeb ludu. Prawdziwi patrioci, którzy są również internacjonalistami, mogą kochać i czuć się związani ze swoim krajem, lecz kochają również ludy wszystkich krajów, które wszystkie są częścią rodziny zwanej ludzkością. Prawdziwi patrioci uczą się o prawdziwej historii ich kraju i nie są usatysfakcjonowani wymachiwaniem flagą. Chcą historii ludowej napisanej przez ludzi takich jak Philip Foner, Eric Foner, Herbert Aptheker i Howard Zinn. Prawdziwi patrioci znajdują w tej historii inne powody do dumy niż superpatrioci. Jesteśmy dumni z rzeczy takich jak walka o prawa wyborcze, o obalenie niewolnictwa, o pokój, o obalenie pracy dziecięcej, o kolektywne negocjacje zbiorowe, o nadanie praw wyborczym ludziom innego koloru skóry, o równouprawnienie kobiet, o sprawiedliwość rasową, o ośmiogodzinny dzień pracy, o bezpieczeństwo pracy, o równość płciową. W panteonie prawdziwych patriotów znajdziemy Thomasa Payne’a, Harriet Tubman, Fredericka Douglasa, Marka Twaina, Susan B Anthony, Big Bill Haywood, Josh Reid, Eugene Victor Debs, Elizabeth Gurley Flynn, William Z Foster, AJ Musty, Harry Bridges, Martin Luther King i Sandra Garland.
I nie tylko te ważne postacie, ale i tysiące, setki tysięcy, miliony ludzi, którzy walczyli w tych wszystkich walkach, którzy wychowali tych wszystkich liderów, którzy walczyli o te sprawy i zamienili je w narodową i polityczną rzeczywistość. […]
My, prawdziwi patrioci, musimy być bardziej samolubni. Nie możemy być jak superpatrioci, którzy są całkowicie pozbawieni samolubności. Są tak pozbawieni samolubności, że chcą umrzeć, chcą zabijać i umierać za kraj, chcą zabijać ludzi dla korporacji, chcą umrzeć za kraj i to jest pozbawione samolubności, ponieważ nigdy nie martwią się jakością naszych żyć – martwią się Kubańczykami, Chińczykami, Rosjanami. Czy mają wolność? Czy znają historię z obu stron? Nie obchodzi ich jakość ich życia. Jeśli byliby odrobinę bardziej samolubni, to byliby zainteresowani naszymi życiami, myśleliby o sobie i o nas. To czego potrzebujemy, to Perestrojka w naszym kraju. Potrzebujemy odpowiednika Gorbaczowa i cały ruch – to nie tylko Gorbaczow, który jest jakimś rycerzem w lśniącej zbroi stojącym naprzeciw sowieckim biurokratom. Nie zostałby sekretarzem generalnym, gdyby nie reprezentował potężnej i ważnej sekcji społeczeństwa tego kraju.
Jest dużo ludzi w tamtym kraju, którzy czują, że coś musi się zmienić, i musi się zmienić w sposób fundamentalny. Jest i u nas dużo ludzi, którzy myślą, że sprawy muszą się zmienić w fundamentalny sposób, lecz nasi liderzy nie rozmawiają o tym, media o tym nie mówią. Patronizująco mówią nam – patrzcie, sowieci uczą się samokrytyki. Czy poszli z tym wystarczająco daleko? Czy to naprawdę, czy tylko udają? Powinniśmy zadać pytanie – a co z nami? Potrzebujemy zmian! Potrzebujemy opodatkować bogatych, a nie biednych, musimy zrestrukturyzować użycie energii, by ocalić środowisko i nas samych, potrzebujemy mniej bzdur o afirmatywnej akcji, ponieważ cała ta promocja afirmatywnej akcji przekonała wszelkiego rodzaju ludzi, że nie-białe osoby zawsze szukają specjalnego traktowania. Zawsze bądźcie podejrzliwi, jeżeli media poświęcają jakiejś sprawie wiele uwagi, ponieważ wiemy, że afirmatywna akcja nie jest problemem. Prawdziwym problemem tego kraju jest ciągły i jadowity rasizm i seksizm w szkoleniach, rekrutacji, zatrudnianiu, ocenie pracy, płacach i stosunkach osobistych i to jest prawdziwa walka. Prawdziwa walka o równość, a nie walka o specjalne traktowanie. Potrzebujemy programu ubezpieczeń zdrowotnych dla 35 milionów amerykanów, którzy nie mają ubezpieczenia. Czy to nie jest niesamowite? Czy to nie jest czas na zbadanie tego, jak to się stało i dlaczego? Potrzebujemy ludzi, którzy w przeciwieństwie do liberałów, nie jęczą tylko, mówiąc, oh jaka to szkoda, że mamy bezdomność, jaki to wstyd, że nie mamy adekwatnej służby zdrowia, czyż to nie wstyd. Musicie przestać narzekać i musicie zacząć zadawać pytania – czemu tak jest, czemu to istnieje, jakie są siły, które pozwalają w najbogatszym kraju na świecie istnieć takim okropnym, nieludzkim niesprawiedliwościom?
I nie tylko narodowy program ubezpieczeń społecznych – potrzebujemy programów zdrowotnych dla każdego. Oprócz perestroiki potrzebujemy glasnosci. Potrzebujemy otworzyć się na inne opinie i na debatę, potrzebujemy trochę odpoczynku od wymijających, głupich, bezczelnych, wszystkowiedzących, antykomunistycznych ekspertów medialnych i konserwatywnych felietonistów, i wszystkich tych gaduł, które tam siedzą. Widzimy ich teraz podczas wyborów. Jest paru kandydatów, którzy mówią o poważnych sprawach, przede wszystkim Jesse Jackson. A co robią tamci kolesie? Stali się teatralnymi krytykami. Szoł się skończyło – co myślisz Bob? Myślę, że jego sposób mówienia był bardzo dobry, był spokojny, miał dobry kontakt z publicznością i zrobił to, czy tamto bardzo efektywnie. Tak, miał odrobinę kłopotów, wydaje się, że senator nie był dziś zupełnie sobą, pewnie był zmęczony, pewnie długo był w trasie. I ja siedzę, patrzę na to i zastanawiam się, jak to się stało, że tego słucham? Czym do cholery jest ta krytyka teatralna? Nikt nawet nie mówi o kwestiach politycznych, oni mówią o mówieniu o kwestiach politycznych.
Fale radiowe tego kraju, panie i panowie, są własnością ludu Stanów zjednoczonych. To może być niespodzianką dla niektórych szefów rozgłośni, ale to prawda. Te fale radiowe powinny zostać otwarte, powinien być dostęp do telewizji publicznej, potrzebujemy nagłośnienia dla socjalistycznej perspektywy i nagłośnienia perspektyw wszelakich dysydentów w mainstreamowych mediach. Nie tylko jako idee przefiltrowane przez struktury społeczne, z których niektóre znajdują masowy rynek, a niektóre pozostają znane jedynie małym i wyselekcjonowanym publicznościom. Potrzebujemy otwartej dyskusji o kontroli pracowników nad przedsiębiorstwami i o własności publicznej, potrzebujemy narodowej debaty w mainstremowych mediach o opresyjnych i niesprawiedliwych celach amerykańskiej polityki zagranicznej w krajach trzeciego świata i innych miejscach. Musimy ponownie rozpatrzeć nasze instytucje, nasze szkoły, nasze uniwersytety, nasze szpitale, nasze muzea, musimy zrozumieć, dlaczego te wszystkie instytucje i media są zdominowane przez rady udziałowców i regentów, którzy nie odpowiadają przed nikim oprócz samych siebie i którzy kontrolują całe finansowanie, zatrudnianie i wszystkie inne polityki. Potrzebujemy rządu, który ma możliwość bezpośredniego wprowadzenia produkcji nie dla zysku, jeżeli prywatna produkcja nie jest w stanie zaspokoić ludzkich potrzeb. Jeśli usługi komunalne nie zapewniają prądu bez podnoszenia cen rok w rok, to zabierzmy te usługi i dajmy je ludziom i ludzie sami to zrobią. Jeśli prywatne firmy nie są w stanie dać nam domów i szpitali, ani dać nam pracy, to niech zrobi to sektor publiczny. Jeśli jest tylu ludzi, którzy potrzebują pracy i jest ta cała praca, która wymaga wykonania i istnieje kapitał, który pozwala na wykonanie jej, ale nic z tego nie jest robione, gdyż nie przynosi to zysków Morganom i Rockefellerom i Dupontom, niech więc zrobi to sektor publiczny nie dla zysku. A kiedy to zostanie zrobione, to tworzy przychód publiczny, tworzy przychód prywatny, powiększa możliwości opodatkowania i tworzy możliwości rozwoju. Niebezpieczeństwem nie jest, że to nie zadziała, lecz to, że działa i dlatego to zatrzymali. Dlatego chcą prywatyzacji, dlatego sprzedali Conrail za 1/3 jego prawdziwej wartości, ponieważ Conrail jako własność publiczna działał, a te koleje jako własność prywatna są dojone jak krowy i niszczeją. Później zwrócą się do rządu, a rząd zwróci się do podatnika – wtedy stają się socjalistami; jak już wydoją przedsiębiorstwo tak, że nie może funkcjonować, wtedy szukają pieniędzy u rządu i podatnika, grzebią coraz głębiej w kieszeniach podatników i przywracają przedsiębiorstwo z powrotem do statusu własności publicznej, tak, by funkcjonowało na racjonalnej podstawie; nie dla zysku. Ale wtedy pieniądze, które to przedsiębiorstwo generuje, nie wędrują do Georga Busha, Ronalda Reagana i ich klasy. Kiedy to przedsiębiorstwo znów zacznie funkcjonować, Ronald Reagan mówi: no cóż, musimy je sprzedać i sprzedaje je nie dlatego, że nie działa, lecz właśnie dlatego, że działa.
Musimy otworzyć nasz system polityczny. Musimy otworzyć system polityczny dla partii nie tylko kapitalistycznych, antykomunistycznych. Nie tylko dla jednej partii, która nazywa inne partie czerwonymi i innej partii, która żyje w strachu bycia nazwaną czerwonymi. Musimy zrobić to, co zrobili Sandoniści w Nikaragui – proporcjonalna reprezentacja. Jeżeli mała partia dostanie 11% głosów, to powinna dostać 11% miejsc w parlamencie. Musimy zrobić to, co Sandoniści, czyli musimy fundować mniejsze partie, musimy zapewnić darmowy czas antenowy małym partiom.
Konserwatyści malują się jako więksi patrioci niż liberałowie. Liberałowie myślą, że są bardziej patriotyczni, niż socjaliści i reszta lewicy, lecz my, po lewej stronie, jesteśmy najbardziej patriotyczni. Chcemy fundamentalnej restrukturyzacji i demokratyzacji nasze polityki zagranicznej i wewnętrznej, chcemy restrukturyzacji i demokratyzacji politycznych procesów, wartości instytucji, gospodarki i klasowej władzy tego kraju. My, prawdziwi patrioci, mówimy wraz z Albertem Camus – chcę kochać mój kraj i sprawiedliwość też i wierzę, że jedynym sposobem na bycie patriotą jest kochać sprawiedliwość – ponieważ nie możesz kochać i nie możesz być patriotą wobec czegoś, co jest niesprawiedliwe. Chcemy spędzać mniej czasu, usiłując ratować świat bombowcami i niszczycielami i spędzać więcej czasu lecząc się. To nie jest po prostu dobry pomysł, czy szlachetne oświadczenie, to historyczna konieczność. Ten kraj nie należy do Ronalda Reagana i jego przyjaciół–miliarderów, chociaż zachowują się tak, jakby należał. Ten kraj należy do nas i prędzej, czy później go odzyskamy. Dziękuję.
Dodatkowe informacje
W tym nagraniu czytam przemowę Michaela parenti o patriotyźmie i o tym, co nazywał on „superpatriotyzmem”. Przemowa została wygłoszona w trakcie promowania jego książki pt. „Superpatriotyzm”.