Michael Parenti
Rambo i „śniade hordy”
Linki:Chciałbym dzisiaj zwrócić uwagę na drugą stronę mediów. Nie, nie chodzi mi o media informacyjne, lecz rozrywkowe, ponieważ media rozrywkowe stanowią znacznie większą część czasu, którą Amerykanie przeznaczają na oglądanie, niż media informacyjne.
Myślałem, aby zatytułować tę książkę „Ukryte polityczne obrazy mediów rozrywkowych” lub jakoś podobnie. Myślałem o tym i stwierdziłem: „w sumie… co jest w tym takiego ukrytego? Jest to raczej oczywiste”. Oglądałem filmy z Hollywood, seriale telewizyjne, miniseriale i inne i znalazłem obfitość obrazów i ideologii, które wspierają imperializm, antykomunizm, kapitalizm, rasizm, seksizm, militaryzm, powtarzam militaryzm, autorytarną przemoc, samosądy i postawy przeciwko klasie pracowniczej – a konkretnie znalazłem, że tematyka indywidualnego heroizmu dominuje nad kolektywnym działaniem. W zasadzie nie ma żadnego kolektywnego działania. Nie ma prawie żadnych historii o tym, że ludzie organizują się razem i robią coś dla siebie – może poza pojedynczymi wyjątkami. Nawet kiedy jest kolektywne działanie, to zawsze wymaga ono jakiegoś bohatera, który musi resztę pobudzać do działania i w zasadzie robi wszystko sam.
Wolne przedsiębiorstwa to najlepszy system gospodarczy na świecie – to jest przesłanie, które nie jest do końca przesłaniem, a raczej założeniem. Nigdy nie wspomina się nic pozytywnego o alternatywnych systemach w mediach rozrywkowych. Prywatny, pieniężny zysk jest centralnym i wartościowym celem życia – lecz ci, którzy są zbyt podli w swej chciwości, jak Dynasty guys i Dallas fellows, mogę się czasem spotkać z dezaprobatą. Postacie biznesowe są nieczułe wobec potrzeb innych ludzi, ponieważ są zbyt zajęci swoimi biznesami, ale kiedy zostaną odpowiednio poinformowani o tych problemach, są nagle zdolni do legendarnej szczodrości, której nigdy nie widziałem w prawdziwym życiu – dzieciak potrzebuje domu, ok, dam mu dom. Oddam fabrykę Joe, jest dobrym gościem. I tak dalej.
Pracownicy są żłopiącymi piwo zwykłymi kolesiami. Mają dobre maniery, ale nie są zbyt mądrzy, są niezdolni. Jeżeli jest jeden stały stereotyp, według którego przedstawiani są pracownicy pracujący fizycznie – z wyjątkiem kilku wartych do odnotowania pozycji, takich jak „Silkwood”, albo „Kwestia płci” i kilku innych – jest nim to, że są zawsze niezdolni do jakiegokolwiek dowodzenia lub samodzielnego działania. Zawsze jak pojawiają się związki zawodowe, to planują coś niedobrego i są raczej obojętne wobec potrzeb pracowników.
Kilka lat temu był program telewizyjny „All in the Family”, który domniemanie miał być przeciwny wszelkim formom bigoterii. I chociaż program wytykał bigoterię głównego bohatera i dokonał drobnego przekazu przeciwko bigoterii, każdy odcinek praktykował własną bigoterię, ukazując tego członka klasy pracującej jako głupka. Jedną z kwestii, która przyniosła dużo śmiechu w „All in the Family”, było to, że główny bohater (Archie Bunka) nie potrafił wymówić pewnego słowa. Dopuścił się niepoprawności językowej. Śmiech z taśmy pojawiał się, kiedy je mówił. To nie jest śmieszne. Nie ma nic śmiesznego w tym, że ktoś nie umie czegoś wymówić – jedyne, z czego się śmiejemy, to fakt, że Archie nie miał okazji uzyskać odpowiedniej edukacji, którą otrzymali inni. Lecz bigoteria klasowa jest bardzo często spotykaną formą bigoterii. W przeciwieństwie do płciowej lub rasowej bigoterii, którym chociaż się dzisiaj przeciwstawiamy, praktyka i formy klasowej bigoterii obficie przejawiają się w mediach i pozostają niekwestionowane.
Zamożni profesorowie w prawie wszystkich programach są uważani za o wiele bardziej interesujących niż pracownicy fizyczni lub pracownicy usługowi. Częściej są głównymi postaciami. Kobiety i mniejszości etniczne rzadko są tak zdolne, efektywne lub interesujące, jak biali mężczyźni. Programy o policjantach pokazują, że policja i wszyscy inni powinni otrzymać wolną rękę w walce z ogromnym światem przestępczym Ameryki, używając szczodrego zastosowania siły i przemocy bez zwracania szczególnej uwagi na prawa konstytucyjne. W wielu serialach o policjantach policjanci mówią przestępcom o tym, że konstytucja nie będzie ich bronić – jestem tylko ja i moja spluwa, pieprzyć konstytucję.
Wszystkie problemy społeczeństwa są powodowane przez indywidualnych szkodników, a nie przez cokolwiek zawartego w systemie socjoekonomicznym. Nie, nie, po prostu mamy kilka niegodnych osób w naszych instytucjach, ale ostatecznie sobie z nimi radzimy.
Siła militarna USA jest używana tylko w chwalebnych celach, a częściej jednak celów w ogóle się nie ujawnia – po prostu zakładane jest, że musimy wygrać tę walkę. Nikt nie wspomina nic o tym, jakie interesy są związane z działaniem wojskowym. Czemu ludzie walczą i zabijają się nawzajem? To pytanie, które nie pozostaje nie zadawane.
Zachodnia potęga przemysłowa i wojskowa, przede wszystkim potęga USA jest siłą cywilizującą, która jest korzystna dla zacofanych ludów Trzeciego Świata. USA i zachód są ciągle zagrożone przez zagranicznych agresorów, takich jak np. Rosjanie, komuniści, terroryści, arabscy terroryści i ogólnie mówiąc – „śniade hordy” mniej rozwiniętych ludów.
To są niektóre z głównych tematyk, które pojawiają się w wielu filmach. Tematyką, na której chcę się dzisiaj skupić, jest paradygmat „karawany wozów przeciwko śniadym hordom”, po raz pierwszy opisany we wspaniałym artykule Toma Engelharta w Bulletin of the Atomic Scientists. Scena może dziać się na Amerykańskim dzikim zachodzie, w Amazońskiej dżungli, na pólnocnoafrykańskiej pustyni, w Sudanie, w Transwalu, w dżunglach wysp Pacyfiku, czy Indochinach. Scena jest zawsze ta sama – jest fort albo obozowisko, albo karawana wozów. Wewnątrz tego obozowiska są ludzkie istoty. Są one białe. Są ludźmi. Są ciepłe, atrakcyjne, wysokie i miłe. Z zewnątrz nadchodzą „śniade hordy”. Dzikusy. To mogą być Indianie, Bushmeni, mogą to być Arabowie na wielbłądach, koniach, cokolwiek innego. To są podludzie, którzy atakują ludzkie istoty i ich obozowisko. Ludzkie istoty wiedza co zrobić – chwytają za broń i zaczynają strzelać i zabijać krzyczących dzikusów, którzy ich atakują.
Dlaczego „śniade hordy” ich atakują? Tego nie wiemy. Nie mówią nam tego. Czy bronią swoich ziem? Czy bronią swoich stad? Czy bronią swoich wsi i miast, swoich rodzin i dzieci? Nie. Robią to, bo lubią robić takie rzeczy – to ich styl, lubią atakować, a więc trzeba ich zabijać. Tak przy okazji – to nawet nie odwagę prezentują sobą, kiedy szarżują w dużych ilościach i zostają wycięci w pień. To nie jest odwaga, chociaż, gdyby podobne czyny zostały dokonane przez białych, zostałoby to zaprezentowane jako heroizm. Kiedy robią to „śniade hordy”, jest to manifestacją ich fanatycznej, szalonej żądzy krwi.
Problem z tym paradygmatem polega na tym, że stawia on ostatnie czterysta lat historii na głowie. Odwraca on rolę sprawcy i ofiary. Odwraca to, kto dokonywał masakry i kto był masakrowany. To Europejscy i Północnoamerykańscy tak zwani „cywilatorzy” weszli i zniszczyli rdzenne wioski, rdzenny przemysł, rdzenne miasteczka. Poczytajcie o Północnej Afryce, o pięknych Arabskich i Berberskich miastach, budynkach i przemyśle wełny i kopalniach, ich sztuce i rzemiośle, a potem poczytajcie o francuskiej piechocie, która wtargnęła i systematycznie demolowała i zabijała mężczyzn, kobiety i dzieci. Poczytajcie o tym, jak Niemcy weszli do Afryki Południowej i zniszczyli plemię Herero. Zabili 60 tysięcy z nich, a pozostałe 20 tysięcy uczynili niewolnikami w kopalniach. Poczytajcie Marka Twaina, jak wściekle komentuje belgijskiego króla Leopolda, nazywając go wściekłym psem za to, co zrobił niewinnym ludom Kongo, zniewalając ich, doprowadzając miliony z nich do śmierci w kopalniach.
To o tym mówi historia. To jest tym, co John Wayne i te filmy odwracają do góry nogami. Robią to, o czym mówił Józef Goebbels. Dają ci wielkie kłamstwo i dekorują je i sprawiają, że trzymasz kciuki za gości w karawanie wozów.
Kiedy już wtargniesz na cudzą ziemię i zabierzesz ją dla siebie, kiedy zniewolisz jej ludzi i zabierzesz jej surowce, kiedy przejmiesz cudze rynki, kiedy zrobisz to wszystko – i tu dodam, że to nie byliśmy my, zwykli obywatele Europy i USA, którzy tego dokonali, tylko interesy naszych rządzących, które użyły naszych podatków, i naszych synów, by walczyć. Kiedy zrobisz to, musisz zrobić dwie rzeczy ideologicznie i psychologicznie.
Po pierwsze musisz zaprzeczyć człowieczeństwa twoich ofiar. Są podludźmi, są moralnie niżsi. Jak John Wayne powiedział w jednej z jego konnych oper w 1953 – powiedział „są ludzie i są Komancze”. To jest bardzo klarowna wiadomość, nie mógłby tego powiedzieć lepiej. Są ludzie i są Komancze. Nie zabijasz ludzkich istot, bo zabijasz dzikie zwierzęta. Tak à propos, można znaleźć takie same cytaty Winstona Churchilla o Afgańczykach, Georga Washingtona o Indianach, można znaleźć takie cytaty wśród wszelkich imperialistów.
Po drugie musisz przypisać im wszystkie własne przestępstwa. Musisz zaprzeczyć własnemu brakowi człowieczeństwa i oskarżyć ich o to, co ty im przez ten cały czas robiłeś.
Czasami imperializm potrafi być ujmujący i czuły. Znalazłem jeden film, którym chciałbym się z wami podzielić. Była w nim mała, urocza Shirley Temple. Nazywał się – jesteście gotowi? – nazywał się „Mały Willie Winkie”. 1937. W tym filmie Shirley jest w jakimś miejscu, w którym Brytyjczyków nie powinno oczywiście być i pyta się swojego dziadka, który jest brytyjskim pułkownikiem: „Czemu jesteś zły na Kodakana, lidera wojowniczych plemion?” Pułkownik odpowiada czule: „Oh skarbie. Nie jesteśmy źli na Kodakana. Anglia chce być przyjaciółmi ze wszystkimi jej ludami. Ale jeśli go nie zastrzelimy, on zastrzeli nas”.
Kolejną ciekawą rzeczą, jest to, że tego typu zniesławiające stereotypy i obrazy ukazują przeklęte małżeństwo pomiędzy imperializmem i rasizmem. Jest fascynujący cytat Marksa, użyłem go w książce „The Sword and the Dollar”. Wspomina on brytyjskich oficerów, którzy powiedzieli: „Powiesilismy każdego cz*rnucha, jakiego znaleźliśmy.” W Indiach! Mówimy tu o Indiach! I kiedy mówili o Indiach, używali określenia „cz*rnuch”. „Powiesilismy każdego cz*rnucha”. Każdego Hindusa, jakiego znaleźli, powiesili. Opresja była okropna.
W południowej Afryce używano słowa kafir. Na bliskim wschodzie mówiono o „szmacianych głowach” (ragheads). W Azji byli skośnoocy (slopes) i żółtki (gooks). To jest słownictwo imperializmu, zarówno, jak i rasizmu, ale z pewnością imperializm jest jednym z głównych prowodyrów i propagatorów rasizmu. W ostateczności trzeba definiować całe kategorie ludzi jako inne, gorsze, by uzasadnić, co im się robi.
Nawet kiedy imperializm nie jest przemocowy i nawet kiedy rasizm nie jest oczywisty, mogą one spenetrować film w sposób domyślny. Weźmy na przykład sposób, w jaki Hollywood poradziło sobie z tematem Afryki.
Filmy o Tarzanie. Nie muszę nic nawet mówić, są tak oczywiste i jawne, że mogę po prostu powiedzieć „filmy o Tarzanie”. Okej, już udowodniłem to do mam do powiedzenia, ale idźmy dalej niż Tarzan. Weźmy coś bardziej współczesnego.
Od trzydziestu lat czekałem na inteligentny film o Afryce. Jest tysiąc historii w Afryce. Są historie konfliktów plemiennych, konfliktów pokoleniowych, historie o urbanizacji, o zmianach kulturowych, o walce ruchu robotniczego – okropne, zatrważające walki pracowników; takie, jakich nie widuje się w Europie i Północnej Ameryce. 250 tysięcy górników kopalni złota strajkuje razem i nie mają komputerów ani samochodów, nic takiego. Niesamowita ilość dyscypliny, organizacji i odwagi tych ludzi, którzy, jak nam się wmawia, są niezdolni do samodzielnych rządów. Tysiąc historii i tysiąc dramatów, które można opisać i nagrać.
A więc Hollywood w końcu zrobił film o Afryce i nazywa się „Pożegnanie z Afryką”. Jest o duńskiej pisarce z wyższych sfer społeczeństwa, której główną troską jest to, że chce zachować swoją plantację i stworzyć związek z pięknym Blondynem Robertem Redfordem. Szukałem w tym filmie Afrykańczyków. Zawsze byli gdzieś w kątach, na trzecim planie. Mówili takie rzeczy jak „czy sahib jest zadowolona?”, „czy sahib chce teraz kolację?”, „czy mogę zrobić to dla sahib?”, odnosząc się do niej z szacunkiem.
Potem Robert Redford przychodzi ją naprostować. Bo wiecie, on już długo był w Afryce, stał się trochę bardziej rdzenny i mówi: „Chcę pokazać ci moją Afrykę. Prawdziwą Afrykę”. Myślę sobie – oho, teraz będzie przełom. Ale co robi? Wsadza ją do samolotu i oglądamy te same zdjęcia przestreni, wprost z filmów o Tarzanie. Oglądamy biegnące stada zebr i żyraf, ale nadal nie ma żadnych Afrykańczyków. I wtedy do mnie dotarło: Ten film nazywa się „Pożegnanie z Afryką”, bo nie jest o Afryce.
Później w końcu dostaliśmy dobry film. I naprawdę uważam, że jest dobry. „Ghandi”, który przynajmniej pokazywał indyjskie wartości, pokazywał hindusów działających razem, z odwagą – chociaż brała się ona z magicznego dowództwa Ghandiego. Film pokazywał nawet trochę brutalności Brytyjczyków, ale nawet ten film zasługuje na poważną krytykę – chodzi tu o samo serce politycznej ekonomii mediów rozrywkowych. Chodzi o to, że polityczna ekonomia kapitalizmu nie jest nigdy pokazana w tym filmie. To, w jaki sposób brytyjski kapitalizm zubożył Indie i doprowadził do ich niedorozwoju, nie jest w ogóle ukazane. Nie powiedziano, że kiedy Brytyjczycy weszli do Indii pomiędzy rokiem 1830 a 1900, średni dochód Indii per capita spadł o dwie trzecie. Nie powiedziano, że Indie zostały splądrowane. Nie powiedziano, że bieda nie była oryginalnym stanem Indii. Indie są żyznym krajem. Bieda Indii jest bezpośrednio spowodowana polityką brytyjskiego imperializmu, którą była siłowa deindustrializacja Indii.
Film mógł o tym chociaż wspomnieć. Rozumiem, nie można mieć w środku filmu cytatów paragrafów pisanych przez Lenina […] ale można chociaż zawrzeć jakąś dyskusję, kilka słów o tym, by wyjaśnić, co w ogóle Brytyjczycy robią w Indiach. Siedziałem przez trzy i pół godziny tego filmu i ani razu nie wyjaśniono mi, czemu Brytyjczycy są w Indiach. Film pozostawia wrażenie, że Brytyjczycy są w Indiach po prostu dlatego, że lubią sobie chodzić w te i wewte ze swoimi biczami marszowymi i po prostu nie mają godności wrócić do domu, kiedy się ich o to prosi. W rzeczywistości potężni Brytyjczycy stali się bardzo bogaci dzięki ziemi, pracy, zasobom i rynkom Indii.
Film, który dobrze i bezkompromisowo radzi sobie z imperializmem – i nie jest to zbyt dobrze wykonany film, ale scenariusz i zawartość polityczna jest fantastyczna – został nagrany w 1969 roku. Jest to włosko–francuska produkcja pod tytułem „Queimada”. Cieszy mnie, że słyszę aplauz od siedmiu osób, które widziały ten film, ponieważ jego dystrybucja była niebywała. Naprawdę przedstawili interesy klas społecznych, pokazali przejście pracy niewolniczej w pracę wolną, Marlon Brando tłumaczył, czemu praca wolna będzie lepsza niż niewolnictwo, gdyż będzie mniej kosztowna, i tak dalej. Film został wycofany z obiegu – nie trafił do wielu kin, a w tych, do których trafił, nie pozostał zbyt długo. Ciekawie byłoby zgłębić to, co się zadziało z dystrybucją tego filmu.
Jest jeszcze jedna sfera, w której istnieje paradygmat „karawany wozów” i to, co w swojej książce o telewizji Hal Himelstein nazywa „miejskim pograniczem”. To znowu fort, karawana wozów, obozowisko, ale tym razem w środku miasta. Znów mamy ludzi, mamy ludzi pod oblężeniem – są oni pod oblężeniem śniadych hord. Istnieje wiele seriali, wiele filmów o tym. Dam wam jeden przykład: „Kobra” z Sylwestrem Stallonem, który ją napisał i grał w niej.
Komediant Jay Leno ma rację – gwiazdy takie jak Sylwester Stallone i Arnold Schwarzeneger zasługują na wiele uznania, za otworzenie profesji aktorstwa dla ludzi, którzy nie mogli brać w niej udziału, kiedy umiejętność mówienia była wymogiem.
Kobra – i tak à propos, to jest standardowa postać w filmach i serialach ostatnich 15, 20 lat – Kobra jest wykończonym weteranem wojny w Wietnamie; jest gorzki, zraniony i zły, bo nie mógł wygrać. Tak bardzo chciał wygrać, ale nie dali mu wygrać. Teraz jest więc detektywem w Nowym Jorku i walczy z gangiem. Gang chce terroryzować i przejąć kontrolę nad miastem albo krajem, albo całym światem; nie wiadomo. A więc jest to sytuacja: kowboj kontra Indianie – pojedynczy kowboj kontra Indianie – i Kobra znów wychodzi i dokonuje tej samej gadki o niepierdzieleniu się z konstytucją i tymi wszystkimi prawami. Wiecie, „zrobię to po swojemu”. „Ja ich załatwię”. Kobra nie wierzy w ciotowate rzeczy takie jak aresztowania, sądy, więziennictwo – po prostu dokonuje egzekucji; po prostu morduje ludzi. Jednego członka tego gangu porwał, oblał benzyną i podpalił go. Powiedział mu szyderczo „masz prawo zachować milczenie”.
Najtrwalszą wersją śniadych hord, tej obcej, zewnętrznej zarazy, która nadchodzi po nas, jest czerwona fala i czerwona zaraza. Możesz pokonać Indian i Buszmenów, ale komunizm nadal się na nas czai i podważy nas od wewnątrz, albo zaleje od zewnątrz. Pamiętacie przemowę Reagana o Nikaragui? „Jeśli nie zatrzymamy ich w Nikaragui, czerwona fala przeleje się przez nasze granice. Nikaragua jest tylko 12 godzin jazdy z Brownsville w Texasie” – to znaczy, jeśli jedziesz sto osiemdziesiąt mil na godzinę, ale okej. Ten podstawowy paradygmat, ten obraz jest propagowany przez naszych prezydentów i politycznych liderów.
W latach 80-tych kino czasów Reagana osiągnęło nowe szczyty antykomunizmu i antysowietyzmu – a może raczej zamiast nowe szczyty, powinienem powiedzieć nowe głębiny. „Rambo 2” z Sylwestrem Stallone – w „Rambo 2” Stallone nie tylko gra rolę – jeśli chcecie nazwać to aktorstwem – ale również pisze scenariuszs. W tym filmie Rambo mówi do swojego starego dowódcy zielonych beretów: „Czy tym razem będziemy walczyć, by wygrać?” I zdecydowanie wygrywa – wpada do Wietnamu i zabija batalion Rosjan, zabija całą wietnamską armię, zrzucają na niego napalm, łapią go, torturują, a on wyzwala jeńców wojennych. Pomaga mu fakt, że wszyscy jego przeciwnicy zdają się być ślepi, zużywają na niego tysiące pocisków i zawsze pudłują, nigdy nawet nie popsują jego fryzury.
Podczas gdy film jest pretensjonalny i śmieszny, nie przestawajmy skupiać się na tym, że znów obraca on historię do góry nogami. W rzeczywistości Wietnamczycy wymienili się więźniami wojennymi z Amerykanami po podpisaniu traktatu pokojowego w Paryżu, który zakończył wojnę. Ta cała sprawa z zaginionymi w akcji jest skandalicznym sposobem wykorzystywania nierealistycznych nadziei rodzin zaginionych, dokonywanym przez Pentagon i rząd USA i podsycanym przez ludzi jak Ronald Reagan. Wiecie, było 18 tysięcy Amerykanów, którzy zaginęli w akcji podczas drugiej wojny światowej. Gdzie myślicie, że oni są? Czy są więźniami w fabrykach Toyoty, a może pracują w niemieckich browarach? Nie – niestety są oni martwi i otwarcie przyznaje się, że są oni martwi. Ale kwestia około 2-óch tysięcy zaginionych w Wietnamie nigdy nie została realistycznie określona tym, czym naprawdę jest. Zamiast tego wykorzystuje się tę kwestię, robi się o tym całe filmy – nie tylko „Rambo 2”, ale „Zaginiony w akcji”, „Zaginiony w akcji 2”, „Zaginiony w akcji 3”, „Zaginiony w akcji 4”…
Amerykańscy więźniowie wojenni nie byli torturowani przez sowietów w Wietnamie, jak zostało pokazane w filmie, gdzie Rambo jest torturowany przez Rosjan – nie ma na to żadnych historycznych dowodów. Są za to dowody na to, że armia Południowego Wietnamu i Amerykanie używali wielu rodzajów tortur: elektrowstrząsów i podtapiania. Sowieci nie używali napalmu na nikogo w Wietnamie – dobrze wiemy, kto używał napalmu w Wietnamie. USA zrzuciło duże ilości napalmu i Agent Orange pokrywając jakieś 20% powierzchni kraju. Całe pożywienie w Wietnamie zostało zatrute – Wietnam był krajem, w którym nie występował rak wątroby – to była nieznana choroba, ponieważ ludzie jedli sensowne jedzenie, takie jak ryż i warzywa. Dziś Wietnam ma jeden z największych wskaźników zachorowań na raka wątroby na świecie dzięki temu, co zrobiliśmy wietnamskiej ekologii.
Nie to jesteśmy w stanie wywnioskować z filmu. Ale to nie zaskakujące, że możemy otrzymać tego rodzaju kłamstwa od kogoś takiego jak Stallone, który obrazuje siebie jako pozbawionego strachu bohatera wojennego, a spędził okres wojny w Wietnamie, pracując w prywatnej szkole dla dziewcząt w Europie. Dlaczego mielibyśmy więc oczekiwać od niego, że będzie mówił prawdę o historii?
Film „Rambo 3” dzieje się Afganistanie, gdzie Sowieci są zaprezentowani jako sadyści i gwałciciele, którzy dokonują tortur, mordują małe dzieci wybuchającymi zabawkami – wybuchające zabawki to historia-straszydło, propagowana przez CIA, która nie została w żaden sposób udowodniona. Armia Czerwona ma lepsze rzeczy do roboty niż wkładać bomby do zabawek, by urywać dzieciom palce dla zabawy. Stary dobry Rambo za to bierze sowieckiego jeńca, zawiązuje mu stryczek na szyi, zrzuca go w dół szybu jaskini i dla dodatkowej zabawy wysadza go w powietrze dynamitem.
Cóż za wspaniały koleś, ten Rambo. Rambo dogaduje się świetnie z mordeczymi Mudżahedinami, z feudalnymi właścicielami ziem, z islamskimi fanatykami, z producentami opium, ogółem z ludźmi, którzy chwycili za broń, kiedy rząd w Kabulu powiedział, że Afgańskie kobiety mogą przestać zakrywać twarze i mogą iść do szkoły. Mudżahedini chwycili za broń – ci ludzie są opisywani jako bojownicy o wolność Afganistanu. Ci z was, którzy ich wspierali, mam nadzieję, że nadal ich wspieracie, patrząc, w jaki sposób operują i jakich wartości bronią.
No więc Rambo dogaduje się z nimi świetnie. Ale pod koniec tego trzeciego i najgorszego filmu o Rambo, Rambo trochę złagodniał i dał swój talizman na szczęście uroczemu dwunastoletniemu chłopcu – afgańskiemu żołnierzowi, który sam zabija Rosjan.
Wojna jest swego rodzaju leczącym, pielęgnującym doświadczeniem dla Rambo. W „Rambo 1” był na granicy psychozy, wdawał się w każdego rodzaju kłopoty, był weteranem, który był przerażony, ale pod koniec „Rambo 3” cała ta przemoc poskładała go do kupy. Odnalazł siebie.
Kiedy film się kończy, mamy wrażenie, że może wróci do Stanów, kupi sobie przyczepę, będzie polował na niedźwiedzie, zapuści korzenie, może się ożeni, otworzy najbardziej uroczy mały sklep z bronią i amunicją w Teksasie… ożeni się? Nie jestem co do tego przekonany. Ponieważ kobiety nie występują w filmach o Rambo. W sumie w żadnym z tych filmów o pełnych przemocy przygodach kobiety nie występują, chyba że w okazjonalnej scenie łóżkowej, jako obiekty seksualne. Są tylko dodatkami dla bohaterów, są akcesoriami. Dosłownie są dodatkami, zazwyczaj bohater po prostu ciąga je za sobą, kiedy są w swoich szpilkach i sukienkach i uciekają od różnego rodzaju niebezpieczeństw.
Kobiety mają niesamowitą zdolność do pakowania się w niebezpieczne dla siebie sytuacje, z których muszą być ratowane przez mężczyzn. Jeśli muszą podnieść broń, robią to delikatnie, ostrożnie, by zachować swoją kobiecość, ale zazwyczaj po prostu stoją i gapią się bezradnie, gdy bohater walczy z całym plutonem napastników. Do tego służą kobiety w filmach takich jak „Rambo”.
Filmy takie jak „Czerwony świt”, „Inwazja na USA” i seriale takie jak „Amerika” reprezentują najbardziej surową propagandę kina czasów Reagana w latach 80-tych. Ukazują Sowietów, wspieranych przez Nikaraguańczyków i Kubańczyków i Libijczyków dokonujących inwazji na USA, zabijając i masakrując Amerykańskich cywilów. Znów, panie i panowie, bracia i siostry, historia jest wywrócona do góry nogami.
Sowieci nigdy nie dokonali inwazji na USA – muszę o tym czasem przypominać moim studentom. USA dokonało inwazji na Sowiecką Rosję, wraz z czternastoma innymi krajami pomiędzy 1919 a 1921. Ale nie to widzimy w „Czerwonym świcie”. W „Czerwonym świcie” Sowieci dokonują nuklearnego ataku na Waszyngton – wymazują Waszyngton z mapy, bo mają problemy z rolnictwem, mają epidemie głodu, więc postanawiają wyżyć się na Waszyngtonie i dokonują inwazji w centrum ameryki – zbierają ludzi i mordują ich.
W „Czerwonym świcie” Kuba i Nikaragua stały się wiodącymi potęgami zachodniej półkuli. Podczas gdy ci hiszpańskojęzyczni strzelają z karabinów maszynowych do amerykanów, szczęśliwie, w małym miasteczku w Kolorado, grupa licealistów ucieka i włamuje się do sklepu z wyposażeniem sportowym. Biorą kilka strzelb myśliwskich i uciekają w góry. Spędzają resztę filmu, dokonując zagłady całych rosyjskich konwojów. Naprawdę mam na myśli tutaj zagładę – zaczyna się aż współczuć tym Rosjanom, którzy są gładzeni przez dzieciaki z karabinami, którzy nazywają siebie „rosomakami”.
„Inwazja na USA” jest jeszcze bardziej fascynująca – tajna ekspedycja ląduje w Miami. Wyobraźcie sobie desant setek Rosjan i hiszpańskojęzycznych żołnierzy, którzy możemy założyć, że są Kubańczykami i Nikaraguańczykami, oraz ludzi wyglądających Arabsko, prawdopodobnie Palestyńczyków i Libijczyków – w Miami jasną, księżycową nocą. Lądują tam całkowicie nie wykryci, nikt im w tym nie przeszkadza. Po prostu pojawiają się i infiltrują wybrzeże i zaczynają dokonywać aktów terroru, które zwracają sąsiadów przeciwko sobie i przeciwko policji, a policję przeciwko ludziom i nikt nie ma pojęcia, nikt nie potrafi zrozumieć, co się dzieje – czym jest to niebezpieczeństwo, z którym mają do czynienia – oprócz Chucka Norrisa, który samodzielnie zbiera trochę ludzi i rozgramia inwazję i ratuje Amerykę.
Podczas gdy Rosjanie nigdy nie dokonali inwazji na USA, mówię moim uczniom, że USA dokonało inwazji na Rosję – „w którym filmie to było?” – pytają się. Nikaragua nigdy nie dokonała inwazji na USA, ale USA, podczas gdy ten film był produkowany i dystrybuowany, dokonywało dziewiątej w naszej historii inwazji na Nikaraguę – siedem z nich USA dokonało, zanim Związek Radziecki w ogóle istniał. Kubańczycy nigdy nie dokonali inwazji na USA, ale USA dokonało inwazji na Kubę w 1961 i otoczyło Kubę, opresjonując jej gospodarkę i robiło wszystko, by zdestabilizować ten kraj poprzez embargo, używając politycznej opozycji i sabotażu. Libia nigdy nie zaatakowała USA, ale USA atakowało, nękało i groziło Libii wiele razy. Grzechem Gaddafiego nie jest to, że jest terrorystą – jego grzechem jest to, że wziął kraj o strukturze społecznej Arabii Saudyjskiej, zajął ziemię, dokonał konfiskaty ropy i własności najbogatszych, wykopali ich i wprowadzili zmiany. Zasadzili czterdzieści milionów drzew, wprowadzili program publicznej edukacji dla każdego mężczyzny, kobiety i dziecka, kobiety mogą chodzić do szkoły, mogą nawet iść do wojskowej akademii. Prawdziwy grzech Gaddafiego polegał na tym, że dokonał dystrybucji dóbr, tak, że Libijczycy cieszą się najwyższym przychodem per capita i najwyższym standardem życia w świecie arabskim. Prawdziwym grzechem Gadaffiego było to, że był on antyimperialistą. Dlatego tworzą filmy, które ukazują Gaddafiego jako terrorystę, który atakuje i terroryzuje USA, by wzbudzić strach i nienawiść w ludziach.
I można tu powiedzieć, no cóż, to jest to, czego chcą ludzkie masy. Na mnie na szczęście to nie działa.
Jeffrey Shrank dokonał bardzo interesującego badania, w jednej z jego książek zwraca uwagę, że 90% oglądających telewizję myśli, że reklamy ich nie afektują. Zwraca też uwagę, że te same 90% kupuje 90% reklamowanych produktów. Podczas gdy myślimy, że to zawsze są ci inni ludzie, którzy są manipulowani przez te obrazy i te programy telewizyjne, rzeczywistość jest inna. Inny badacz, Jerry Mander w swojej książce „The Case Against TV” twierdzi, że obrazom medialnym w pewien sposób nie da się oprzeć. W sensie, że nasz mózg je absorbuje, niezależnie od tego, co sobie świadomie myślimy o tych obrazach. Część naszego mózgu mówi: „och, ależ to głupie”, ale te obrazy wskakują do tej drugiej części mózgu, która je wchłania.
Dla przykładu weźcie dzieci. Jeśli chcecie zrozumieć, jak to działa, spójrzcie na dzieci. Trzeba bardzo ostrożnie rozmawiać z dziećmi, by przekonać je, że telewizja nie jest prawdziwym życiem. Żeby nie martwiły się, że to dzieje się naprawdę. Dzieci nie mają wrodzonej zdolności, odróżniania prawdziwych, od nieprawdziwych obrazów – dopiero gdy dorastają, dopiero po wielokrotnym wyjaśnianiu im, jak to działa, przez starszych, zaczynają rozumieć, że te historie i te postaci na ekranie nie istnieją naprawdę. Innymi słowy, ich zdolność odrzucania tych obrazów jako nieprawdziwe musi zostać nabyta.
Mander twierdzi dalej, że problem się nie kończy na dorosłości. Jako dorośli, nawet jeśli wiemy, że dany program telewizyjny to fikcja, nadal do pewnego stopnia w niego wierzymy. Akumulujemy w sobie te obrazy i te obrazy tworzą przekonania o świecie rzeczywistym. Nasza podświadomość nie rozróżnia obrazów, które czerpiemy z rzeczywistych doświadczeń, a które czerpiemy z obrazów, z drugorzędnych środowisk, takich jak filmy, albo telewizja. Posłuchajcie, co ma do powiedzenia Afrykańsko-Amerykańska pisarka Ellen Holly i chcę ją tutaj zacytować dość obszernie, bo naprawdę warto:
„Sposób, w jaki jesteśmy postrzegani przez to społeczeństwo, afektuje najbardziej podstawowe strefy naszych żyć. Kiedy aplikujemy o pracę, osoba odbierająca naszą aplikację reaguje na nas nie tylko w kategoriach tego, kim jesteśmy, ale kim myślą, że jesteśmy. Istnieją niezliczone obrazy pływające w umyśle tej osoby i wiele z nich da się wyśledzić, że mają źródło w mediach. Może przed taką osobą siedzieć schludnie ubrana, inteligentna kobieta, która wykonywałaby efektywnie swoją pracę, ale jeśli człowiek ten został nakarmiony konkretnymi stereotypami, może on nie widzieć ciebie, lecz będzie widział kogoś, kto wygłupia się w pracy, malując paznokcie i dzwoniąc do swojego chłopaka w godzinach pracy. Jeśli tak jest, to twoje kwalifikacje nic nie znaczą, nie dostaniesz tej pracy.
Bezrobocie wśród czarnej młodzieży wynosi aż do 40% w niektórych bardziej marginalizowanych społecznościach. Nie wydaje mi się to pomocne dla zatrudnienia czarnych nastolatków, że telewizorek ukazuje ich przed naszym narodem i przed potencjalnymi pracodawcami prawie tylko i wyłącznie jako podłych młodocianych gangsterów, lub jako głupków.
Raz za razem widziałam, jak czarni aktorzy odmawiani są ról, ponieważ powiedziano im, że nie wyglądają, lub nie brzmią w sposób, w jaki czarna osoba powinna wyglądać, lub brzmieć. O co chodzi z tą całą „powinnością”? Czym jest ta szufladka, do której próbują nas wsadzić? Widziałam, jak czarnym pisarzom mówiono, że postaci w ich książkach są niewiarygodne, gdyż są zbyt inteligentne.”
Cóż – dajemy ludziom to, czego chcą – tak głosi argumentacja. To kultura masowa. Pozwólcie mi przytoczyć dwa argumenty. Pierwszym jest to, że sondaże twierdzą odwrotnie. Coraz więcej ludzi ogląda telewizję, ale coraz mniejsza ilość ją lubi. Ogromny procent twierdzi, że telewizja ssie. Większość, w najlepszym wypadku twierdzi, że telewizja nie jest zbyt interesująca, albo że jest trochę interesująca. Mało kto mówi, że telewizja jest naprawdę świetna.
Nazywamy to kulturą masową, ale większość z niej jest tworzona dla sponsorów. Ci producenci podążają za tym, co im się wydaje, że jest popularne – pytają o to swoich kolegów, sąsiadów i tyle. To nie jest kultura masowa – nie jest kultura mas – to nie jest kultura, która pochodzi od ludzkich mas, to nie jest kultura ludzi, to nie jest kultura ludowa. W rzeczywistości kultura masowa podważyła i opróżniła kulturę ludową, sztukę, rzemiosło ludowe podupada.
Kiedy ludzie rozmawiają ze sobą, często rozmawiają nie o swoich doświadczeniach, lecz o doświadczeniach z telewizora i postaciach celebrytów. Środowisko obrazów jest wysoce sztucznie spreparowane, kontrolowane i dominowane przez multimiliardowe międzynarodowe korporacje – to one produkują i tworzą i karmią nas tą kulturą. Nie tylko mają kontrolę nad jakością naszego jedzenia, powietrza i wody, ale także form rekreacji, które są nam dostępne – te obrazy, które wkładamy sobie do głów.
Mawia się, że popyt tworzy podaż. Dajemy ludziom, to co chcą – gdyby tego nie żądali, gdyby nie było popytu, nie dostawaliby tego. Ludzie tego chcą, więc im to dajemy. Ale w rzeczywistości często jest odwrotnie – to podaż tworzy popyt. Ludzie oglądają to, co jest w telewizji – bo to są jedyne rzeczy, które są w telewizorze. Idą do kina na śmieciowe filmy, bo to jest to, co grają w kinach. „Rambo 3” odbył premierę w 2175-iu kinach w Ameryce – oto jest podaż. Napędzają w ludziach chęć zobaczenia tego filmu przez tygodnie przed premierą, aktywują ludzi w całym kraju, by zobaczyli ten film – i tak à propos, ta premiera była totalną klapą.
Film „Queimada” odbył premierę tylko w około czterdziestu kinach w kraju i szybko zniknął z kin. A więc możnaby powiedzieć, że ludzie nie chcieli widzieć „Queimada”, lecz chcieli widzieć „Rambo” – nie, ludzie nie dostali nawet szansy zobaczyć „Queimada”; może uznaliby ten film za bardzo interesujący, bardzo intrygujący.
To, co chcę powiedzieć, bracia i siostry, to, że kapitalizm jest nie tylko porządkiem gospodarczym – to również porządek społeczny i kulturowy, który rozciąga swoje wpływy do wszystkich sfer naszego życia. Słyszeliście o ruchu zwanym „odzyskaj noc”? – to był ruch, w którym kobiety mówiły o prawie do tego, by móc bezpiecznie chodzić po ulicach po zmroku. To był bardzo dobry ruch. Potrzebujemy też ruchu, by „odzyskać wzrok”. Musimy odzyskać naszą kulturę, nasze instytucje, owoce naszej pracy, inteligencję i rozwój naszych dzieci, odzyskać kontrolę naszych własnych mentalnych obrazów i naszej rekreacji i wolnego czasu. Musimy organizować się i agitować przeciwko tym śmieciom, którymi się nas karmi. Musimy wspierać rzeczy takie jak KPFK Pacifica i musimy bojkotować duże media, musimy je potępiać i otwarcie atakować, naciskać na nie, organizować się przeciwko nim. Pozbyliśmy się Stepina Fetchita, pozbyliśmy się Amos and Andy, pozbyliśmy się Sambo, pozbądźmy się Rambo. Te media nie są całkowicie odporne na klimat politycznej opinii.
Możemy zmienić ten klimat, który do pewnego stopnia wpływa na media. George Bush wprowadził pustą metaforę tysiąca źródeł światła. Ludzie do dziś próbują zrozumieć, o co mu chodziło. Geroger Bush też próbuje to zrozumieć. Ale istnieje wiele źródeł światła – są to te źródła światła, które Bush próbuje zgasić. Tymi źródłami światła są ludzie, którzy się budzą.
Bush powiedział, że ludzie nadal cierpią na „syndrom wietnamski”. Syndrom wietnamski oznacza, że ludzie zadawali pytania o wojnie. Potem zaczęli zadawać pytania o dowódcach, którzy stworzyli tę wojnę. A potem zaczęli zadawać pytania o systemie, który stworzył tych dowódców.
Ludzie budzą się wobec imperializmu – a jednym z najlepszych sposobów obrony przed militarną interwencją USA jest to, że publiczna opinia USA jej zabrania. Zabraniają jej ludzie, którzy organizują się i żądają lepszej sytuacji w domu i poza nim. Tysiąc źródeł światła zamieni się w dziesięć, sto tysięcy, w milion, w dziesięć milionów na całym świecie od Palestyny do Ameryki Środkowej, od Azji do Afryki. Ludzie walczą, a tu, w samym USA, przed samym Pentagonem, ludzie walczą – walka o demokrację jest kontynuowana. Nigdy nie dajcie się zniechęcić, żaden Sylvester Stallone czy Chuck Norris nie może tego odwrócić, ani nie mogą zrobić tego ich fikcyjne odpowiedniki – Ronald Reagan i George Bush. Nikt z nich nie będzie w stanie zatrzymać walki ludzi o odzyskanie ich własnej historii – historii, która jest tworzona w tej chwili, każdego dnia, przez nas. Dziękuję bardzo.
Tu zakończyła się właściwa przemowa. Następnie nastąpiła seria pytań i odpowiedzi. Nie będę czytał wszystkiego, ale jedna kwestia zasługuje na wyróżnienie. Zapytany przez kogoś z publiczności o to, czy naprawdę uważa, że wycofywanie filmów typu „Queimada” jest jakiegoś rodzaju konspiracją, Parenti odpowiedział:
Tak, tak, tak, tak do cholery tak! Jak myślisz, dlaczego płacą tym kolesiom po czterysta, pięćset tysięcy dolarów rocznie, żeby byli strażnikami bram? Otrzymują film Bertolucciego, najgorętszy film międzynarodowy, który jest filmem komunistycznym, który pokazuje włoskich robotników śpiewających międzynarodówkę i stających w obliczu faszyzmu, pokazuje ich dołączających do partii, by walczyć z faszyzmem i byli jedynymi, którzy to robili. Film, który pokazuje wielkich właścicieli ziemskich kolaborujących z faszyzmem, wiesz, co zrobili z tym filmem? Został wycofany z masowej dystrybucji. Był w nim Bert Lancaster i wiele innych dużych nazwisk z Hollywoodu, był tam Sterling Hayden i inni. Film ten miał być w każdym centrum handlowym ameryki, ale gdy zobaczyli, czym ten film jest – to był koniec. Pojawił się w dziesięciu kinach. Były całe strefy, gdzie nie można było go zobaczyć.
Kiedy John Sales robi film, taki jak „W szachu”, nie jest w stanie znaleźć nawet jednej wytwórni, która by go wspierała – ponieważ ten film mówi prawdę o klasowej naturze i klasowej walki naszego kraju – mówił prawdę o tym, że zabiją cię! Zabiją cię, jeżeli spróbujesz wejść między nich, a ich zyski. Zabiją cię, jeśli będziesz domagał się godnej pensji dla siebie i swojej rodziny! Zrobił ten film niezależnie i byłem w miejscach w USA, gdzie nikt nawet nie słyszał o tym filmie. A rozmawiałem z ludźmi, którzy są zainteresowani filmami politycznymi […]
Istnieje inny rodzaj dystrybucji niż masowa dystrybucja. Filmy te nie wchodzą do masowego obiegu, nie są pokazywane w setkach kin. Oni kontrolują dystrybucję, ale nie produkcję. Kapitalizm sprzeda ci kamerę, taśmę, komputer, możesz napisać film i wyprodukować go i to tyle. Dystrybucja – oni kontrolują dystrybucję.
I tak, pewnych rzeczy świadomie nie lubią. Spójrz na plakaty promujące film „Czerwoni”. Tydzień, zanim ten film wyszedł, pojawił się plakat, który wyglądał jak albański plakat. Film nie otrzymał prawie żadnego nagłośnienia, a był to wybitny film. Było to i tak dużym przełomem, bo otrzymał nagrodę akademii filmowych, ale i tak schłodzili rozgłos tego filmu poprzez dystrybucję.
[…]
Później Parenti został poproszony, by opisać w jaki sposób przebiega ta konspiracja w kontrolowaniu dystrybucji mediów. Odpowiedział:
Nie wiem [w jaki sposób powstrzymano dystrybucję „Queimada”]. To musi być ciekawa historia, ale nie zbadałem jej dokładnie. Ale mogę wam opowiedzieć o moim osobistym doświadczeniu z tym filmem. Mieszkałem wtedy w Burlington w stanie Vermont. Film pojawił się w czwartek – zawsze nowe filmy pojawiały się w czwartek. Pomyślałem: „Queimada” – chcę zobaczyć ten film, naprawdę chcę zobaczyć ten film. Poszedłem w piątek i filmu nie było. Pomyślałem – ok, kierownik wycofał ten film, ale potem dowiedziałem się, że w innych miejscach też nie pokazywano go nawet przez tydzień, albo w ogóle. Były plakaty promujące film, ale film się nie pojawił. To było najczęstszym scenariuszem – miał się pojawić, ale się nie pojawił.
Dokonane zostało stłumienie mediów przez strażników bram – przez krytyków, przez konserwatywnych krytyków, takich jak Gary Arnold, którzy przez lata w Washington Post redukowali kino w Waszyngtonie do poziomu imbecylizmu – koleś był na serio konserwatystą i naprawdę jakikolwiek film, który przejawiał jakieś feministyczne, albo antymilitarystyczne wartości, albo miał jakąkolwiek zawartość polityczną, Gary rozrywał na strzępy. Zawsze pisał, że fabuła jest nierozstrzygnięta, postaci są słabej jakości – pisał to o wysokiej jakości filmach. Na przykład „Gaijin” – Brazylijsko-Japoński film o pracownikach w Brazylii, widzieliście go? Ach, nie widzieliście. To był wspaniały film, to była historia o brazylijskich, japońskich i włoskich pracownikach w Brazylii na początku XX wieku i jak ich tam przywieziono – film o walkach, jakie imigranci przechodzili i co się tam wydarzyło. Gary zbeształ ten film. Przetrwał kilka dni. Moi znajomi mówili – to jest kiepski film, nie idę go oglądać. Idźcie go obejrzeć, mówiłem, idźcie go obejrzeć.
Bardzo często w mediach ostatnie strony gazet są jeszcze bardziej rygorystycznie kontrolowane niż pierwsze strony. To było prawdą w magazynie Time. Henry Luce sprawdzał ostatnie strony, by mieć pewność, które książki zostaną zrecenzowane, które filmy i co zostanie o nich powiedziane. Oni dobrze wiedzą, że to, co piszą, jest popularne, że dociera do milionów ludzi i chcą mieć pewność, jakie obrazy do nich docierają, a jakie nie.
Ponadto istnieją ideologiczne bariery co do tego, kto zostaje krytykiem filmowym, a kto nie w mainstreamowych mediach. Byłoby też ciekawe opisać to, jacy ludzie recenzują filmy, dlaczego i w jaki sposób, oraz jakiego typu rzeczy lubią, a jakich nie lubią.
Dodatkowe informacje
W 1992 Michael Parenti wydał książkę "Make-Believe Media: The Politics of Entertaintment". Parenti przeanalizował wiele filmów i seriali i opisał w jaki sposób imperialistyczne, rasowe i inne uprzedzenie wdają się do masowych mediów rozrywkowych. W skrócie to co znalazł przedstawił w mowie, którą promował nową książkę. Mowa znana jest jako "Rambo i śniade hordy".