Adam Leszczyński

Ideologia polskiego społeczeństwa klasowego

Linki:

Historia Polski zaczyna się od legendy. I tu wypada zacząć od legendy – nie o Lechu, ale o panowaniu i niewoli. Miejsca przypisane panom i poddanym trzeba było uzasadnić: służył temu mit.

W sławnym fragmencie I księgi Polityki Arystoteles porównuje relację pana i niewolnika do naturalnej relacji mężczyzny i kobiety, którzy muszą się łączyć „w celu płodzenia” powodowani „naturalnym popędem”. Filozof pisał: „Tak samo zdani są na siebie dla swego zachowania ten, kto włada z natury, i ten, kto mu jest poddany. Ta bowiem istota, która dzięki rozumowi zdoła przewidywać, rządzi z natury i rozkazuje z natury, ta zaś, co potrafi tylko zlecenia te wykonywać za pomocą sił cielesnych, jest poddana i z natury niewolna; toteż interesy pana i niewolnika są zbieżne”.

U ludzi ubogich, dodawał Arystoteles, wół zastępuje niewolnika – i ta uwaga dobrze pokazywała miejsce niewolnika w ogólnym porządku świata. Podległość stanowiła dla filozofa element naturalnego porządku. Miała źródło w tym, że nie wszyscy ludzie potrafią postępować rozumnie i przewidywać.

Doktryna chrześcijańska uzasadniała niewolnictwo, odwołując się do bardziej wyrafinowanych argumentów. Niewolnik był według niej naturalnie człowiekiem, chociaż – jak twierdził św. Augustyn – człowiekiem, którego podległy status pozostawał konsekwencją grzechu popełnionego przez przodków. Bóg, przypominał doktor i ojciec Kościoła, stworzył człowieka wolnym. Pierwsi ludzie panowali tylko nad nierozumnymi stworzeniami. Św. Augustyn wywodził: „Stan niewolniczy uważa się za prawnie należny grzesznikowi. Dlatego też nigdzie w Piśmie Świętym nie czytamy o słudze, dopóki Noe nie użył tej nazwy na skaranie grzechu syna swego. Grzech więc zasłużył sobie na to imię, nie natura je utworzyła”.

[…]



[…] niewolnictwo, nawet jeśli wydaje się krzywdzące i niesprawiedliwe, jest zawsze zgodne z boskim planem. Dla niewolników – którzy usłyszeli, że w niewolę popadli zgodnie z boskim zamiarem – święty doktor Kościoła ma jednak kilka słów otuchy. Po pierwsze – pociesza Augustyn – lepiej służyć drugiemu człowiekowi niż własnej „pożądliwości”, która „z najdzikszym tyraństwem” pustoszy ludzkie dusze. Z dwojga złego lepiej więc być cnotliwym niewolnikiem niż pozornie wolnym więźniem własnych grzesznych pożądań. Niewolnik musi też wiedzieć, że co prawda człowiek jest wolny z natury i nikt nie powinien być sługą drugiego człowieka, ale „przyrodzony porządek” też jest boskim dziełem. Los niewolnika to więc pokorne posłuszeństwo.

W ostatecznym rachunku, u kresu świata, wszyscy i tak będą wolni. Perspektywa zbawienia musi i powinna więc wystarczyć. Przesłanie Augustyna było więc naprawdę wezwaniem do posłuszeństwa w pokornym oczekiwaniu na zbawienie.

Pisał: „Przeto Apostoł upomina sługi, aby poddani byli panom swoim i aby im szczerze z dobrej woli służyli: mianowicie, gdy nie mogą być przez panów wolnością obdarzeni, aby sami swoje niewolnictwo wolnym niejako uczynili, służąc nie w pełnym wybiegów strachu, lecz ze szczerą życzliwością, dopóki nie minie na świecie wszelka nieprawość i nie będzie zniesione wszelkie panowanie i władza ludzka, a Bóg będzie wszystkim we wszystkich”.

U Augustyna nie zostało jeszcze wypowiedziane wprost uzasadnienie niewoli, które powraca u późniejszych średniowiecznych autorów – w tym u biskupa Vienne, św. Awita, urodzonego niemal dokładnie tym samym czasie, kiedy Augustyn umierał w obleganej przez Wandalów Hipponie (około 440–520). Według najbardziej popularnego w średniowieczu wytłumaczenia – które znajdujemy m.in. właśnie u Awita – niewola była po prostu karą wymierzoną przez Boga potomkom Chama, syna Noego.

Przypomnijmy, jak opowiada tę historię Księga Rodzaju: „Noe był rolnikiem i on to pierwszy zasadził winnicę. Gdy potem napił się wina, odurzył się [nim] i leżał nagi w swym namiocie. Cham, ojciec Kanaana, ujrzawszy nagość swego ojca, powiedział o tym dwu swym braciom, którzy byli poza namiotem. Wtedy Sem i Jafet wzięli płaszcz i trzymając go na ramionach, weszli tyłem do namiotu i przykryli nagość swego ojca; twarzy zaś swych nie odwracali, aby nie widzieć nagości swego ojca. Kiedy Noe obudził się po odurzeniu winem i dowiedział się, co uczynił mu jego młodszy syn, rzekł: „Niech będzie przeklęty Kanaan! Niech będzie najniższym sługą swych braci!”. A potem dodał: „Niech będzie błogosławiony Pan, Bóg Sema! Niech Kanaan będzie sługą Sema! Niech Bóg da i Jafetowi dużą przestrzeń i niech on zamieszka w namiotach Sema, a Kanaan niech będzie mu sługą”. O tym fragmencie Augustyn mówi znacząco: „wszystko, co tam się działo i spisane jest – pełne jest znaczenia proroczego i zasłonami okryte”.

W średniowiecznych i wczesnonowożytnych katechizmach zagadnienie zostało sprowadzone do prostego pytania i odpowiedzi: „Skąd pochodzą sługi?” („Unde sunt servi?”) – na co uczeń przyswajający prawdy wiary odpowiadał po prostu „Od Chama” („De Cam”). Podobne dialogi pojawiały się w tekstach francuskich, angielskich i niemieckich.

Około 1100 r. mnich i teolog Honoriusz z Autun (około 1080–1154) nadał biblijnemu uzasadnieniu niewoli nową i trwałą formę. Według niego świat dzielił się na trzy rodzaje ludzi – wolnych, wywodzących się od Sema; rycerzy i szlachtę – potomków Jafeta; oraz niewolników – dzieci Chama. […]

[…]



Na Zachodzie przekleństwo Chama służyło przede wszystkim uzasadnianiu istnienia niewolnictwa – a przy tym także bezwzględnego traktowania czarnych niewolników. Pisali o tym chętnie autorzy angielscy, hiszpańscy i francuscy w XVI XVII w. Skutki przekleństwa były widoczne dla każdego. Tłumaczyło ono domniemane lenistwo Afrykanów, prymitywizm, który im przypisywano, rozpasaną rzekomo seksualność, a nawet wygląd fizyczny […].

Pogląd o skażeniu natury niewolników pochodzeniem od Chama powtarzali zarówno autorzy katoliccy, jak i protestanccy aż do połowy XIX w.

[…]



W Europie Środkowej, pozbawionej kolonii dostarczających czarnych niewolników, mit o przekleństwie Chama również uzasadniał panowanie, tyle że nad poddanymi urodzonymi na miejscu i mającymi ten sam kolor skóry. W historiografii polskiej od dziesięcioleci toczy się dyskusja, na ile można traktować rozrost terytorialny Rzeczypospolitej w XV–XVII w. jako odpowiednik procesu kolonizacji prowadzonej przez kraje atlantyckie za morzami. Karaibscy plantatorzy mieli czarnych niewolników, potomków Chama, sprowadzanych z Senegalu czy Gwinei; polsko litewski szlachcic miał własnego rodzimego chama.

Biblijne imię własne Cham uległo przy tym procesowi apelatywizacji: stało się rzeczownikiem, chamem. Proces ten nie zaszedł na Zachodzie. Nie ma takiego słowa w języku francuskim, hiszpańskim czy włoskim – ale trafił do polskiego, czeskiego, rosyjskiego i ukraińskiego […]. W języku polskim słowa Cham, Chamek, Chamko, Chamka, Chamkowic notowane są od samego początku XV w. – niemal dokładnie od tego momentu, w którym zaczyna się rozwijać gospodarka folwarczna, a szlachta przez dekady krok po kroku zwiększa swoją władzę nad poddanymi. […]

Potomkowie Chama – ex gente Chami – wszyscy zasługują więc na to, aby nazwać ich „chamami”.

W Biblii praca fizyczna była przekleństwem i karą, którą Bóg wymierzył Kainowi za morderstwo. Był to także naturalny los ukaranych potomków Chama. Chłop był brudny, leniwy („aleć przecię poczuto, że śmierdział chłopem” – pisał w XVIII w. tropiciel uzurpatorów stanu szlacheckiego Walerian Nekanda Trepka o chłopie, który wyjechał daleko od rodzinnego Śląska, żeby się podać za szlachcica). Chłop nawet wyglądem przypominał zwierzę. Był ciemny, pazerny, podstępny, brutalny i przede wszystkim – leniwy. Jedyne, na co zasługiwał, to ojcowska władza szlachcica.

Terminy określające chłopa – zarówno rodzime (chłop, wieśniak, poddany, kmieć), jak i importowane (gbur) – miały negatywny wydźwięk.

Argumentacja genealogiczna pojawiła się później od biblijnej. W wydanych w 1584 r. Herbach rycerstwa polskiego Bartosz Paprocki (około 1540–1614), szlachecki specjalista od genealogii, powątpiewał już w teorię biblijną […]. Paprocki […] uważał, że szlachectwo jest dziedzictwem zasług przodków – którzy „pokazowali wielkie męstwa, dziwne fortele na nieprzyjacioły wynajdowali”.

Szlachta i magnateria uzasadniały swoją coraz silniejszą pozycję w Rzeczypospolitej, przypisując sobie starożytne pochodzenie i historyczne zasługi. Nieprzypadkowo Paprocki napisał swoje genealogiczne dzieło w momencie, w którym Rzeczpospolita weszła w czas wolnej elekcji, a władza szlachty stała się absolutna.

Paprocki narysował nawet herb Chama. Była to trupia czaszka, na której siedział ptak z czterema zwierzęcymi nogami – podobnymi do nóg gryfa, z rogami na głowie. „Tak szatana niektórzy malują” – komentował mazowiecki szlachcic. „To mu dlatego nadano, że znowu był zarobił na śmierć i na grzech, dla przeklęctwa ojcowskiego etc.” – wyjaśniał. Paprocki kwitował chama krótko: infamis et impudicus – „niesławny i nieczysty”.


Mit o Chamie i Jafecie zlewał się z mitem o Sarmacji. Przenikał się z nim i nakładał na niego. W tym ujęciu szlachta i jej poddani stanowili po prostu dwa różne narody – o zupełnie odmiennych korzeniach, pochodzeniu i usposobieniu. W Kronice Sarmacyi europskiey (wyd. łacińskie 1578) […] czytamy: „[…] Tak albowiem Noe […] z znamion pewnych upatrując, że tego potrzeba, aby była trojaka kondycja żywota ludzkiego na świecie, synom swym to opowiedział, i każdemu z nich własne urzędy i powinności […] naznaczył i zlecił w te słowa, mówiąc: „Ty Sem módl się jako Kapłan rząd duchowny odprawując; Ty Chamie pracuj, rolę sprawując i rzemiosła rozmaite wynajdując jako robotnik. A ty Japhecie rządź i broń, jako Król i Rycerz oręża zażywając, i Państwa w pewnych postanowionych prawach i powinnościach zachowując”. […]”.

Potem następował długi wywód o historycznych zwycięstwach Sarmatów, walczących podobno z sukcesem z Aleksandrem Wielkim i Rzymianami. [Autor], pochodzący ze zubożałej rodziny z Werony, zrobił w Rzeczypospolitej znakomitą karierę dzięki znajomości sztuki oblężniczej – i gorliwie wychwalał naród szlachecki.

Nie tłumaczył wprawdzie, w jaki sposób nad Wisłą i Dnieprem znaleźli się równocześnie spadkobiercy Jafeta i Chama – skoro jedni dali początek rządzącym, a drudzy rządzonym. Nie należy jednak oczekiwać od mitu rozwiązania każdego wątku opowieści i odpowiedzi na wszystkie pytania.

[…] Popularność mitu Sarmacji wiązała się także ze zwróceniem Rzeczypospolitej ku wielkim terytoriom na wschodzie. Na przynależnych Sarmatom z natury ziemiach ruskich czekały ich bogactwa i wielkość. W litewskiej mitologii, odmiennej od polskiej, legendarnymi protoplastami szlachty mieli być towarzysze rzymskiego wodza Palemona, którzy dotarli na Litwę, uciekając przed prześladowaniami okrutnego cesarza Nerona. Palemon osiadł tam z pięciuset Rzymianami, którzy dali początek szlachcie litewskiej.

Mit sarmacki miał głęboką polityczną użyteczność. Podkreślał potęgę i wyjątkowość Rzeczypospolitej oraz uzasadniał rządy wąskiej grupy. „My, naród swobodny, nasze pany miłujący, broniący sławy; ludem, szerokością i przestrzenią państwom największym chrześcijańskim ledwo nie równy” – pisał o Rzeczypospolitej kanclerz wielki koronny i wojewoda kijowski Tomasz Zamoyjski w 1624 r. Chłopi żyli w prymitywnych warunkach, a ich charakter skazywał ich na podległość; już to wskazywało, że byli ludźmi gorszymi z natury. Koncepcja sarmacka pozwalała mówić i pisać o jedności stanu szlacheckiego, w którym naprawdę istniały przepastne różnice majątku i statusu. […]


Według teorii najazdu rycerstwo polskie wywodziło się ze Skandynawii, ewentualnie było spadkobiercą jednego z walecznych germańskich plemion znanych z historii upadku Rzymu, np. Wandalów. Spierano się, czy protoplastami szlachty byli Wandale, czy Sarmaci. Przybyli z odległych krain wojownicy mieli podbić miejscowych Słowian oraz utworzyć organizację państwową – do czego Słowianie nie byli zdolni – aby następnie stać się elitą tego państwa. Według tych teorii obcy książę, np. skandynawski, dał początek dynastii piastowskiej, a jego przyboczni – możnym rodom.

Mit najazdu nie był oczywiście polskim wynalazkiem. Debata na temat początków narodu toczyła się we Francji w pierwszej połowie XVIII w. Podobnie jak w Polsce, dotyczyła też pochodzenia szlacheckiego przywileju. Jak pisał Henri hr de Boulainvilliers (1658–1722), historyk, szlachcic i żołnierz po średniowiecznym podboju Galii przez Franków: „każdy Frank został szlachcicem, zaś każdy Gall plebejuszem”. Niektórzy francuscy autorzy uważali, że najazd pokazał wyższość Franków nad Gallami – i ci pierwsi słusznie dali początek arystokracji i szlachcie.

Trzeba zaznaczyć jednak, że przeciwnicy feudalnego przywileju kwestionowali tę wersję historii. Twierdzili np., że Frankowie osiedlili się w Galii jako sprzymierzeńcy cesarstwa rzymskiego, że podbój nie miał krwawego charakteru, a przybysze i miejscowi szybko wymieszali się i utworzyli jeden naród. Wizja przeszłości wynikała bezpośrednio z aktualnych poglądów politycznych.

[…]



Naród sarmacki był wybraną przez Boga ostoją męstwa i cnót wszelakich, twórcą najdoskonalszego i najbardziej pełnego wolności (dla szlachty) ustroju na świecie. […] Królestwo Polskie – pisał Stanisław Orzechowski (1513–1566), wybitny publicysta i kaznodzieja – jest wybranym i umiłowanym przez Boga Kościołem. „Wybrał nas Bóg” – wywodził […].

W tym mesjanistycznym i skrajnie konserwatywnym światopoglądzie każda zmiana była zmianą na gorsze. Historia nie była rozwojem, ale procesem degeneracji, a za klęski spadające na Rzeczpospolitą winiono skwapliwie obcych: mocarstwa manipulujące „wolnymi” elekcjami czy wrogie zbrojne najazdy. […].

Opowieść o przeszłości była integralną częścią wychowania szlacheckiego, podobnie jak nieustannie wbijana w podgolone głowy genealogia – kto kogo rodził, kto się z kim skoligacił, kto jakie urzędy piastował – oraz długa lista szlacheckich przywilejów. Historia szlachecka była historią świetności rodu. Stąd ogromna popularność herbarzy i studiów poświęconych genealogii poszczególnych familii. Rody poszukiwały przodków w czasach Mieszka I, króla Popiela albo nawet samego Abrahama.

[…]



Oczywiście autorom piszącym o Sarmatach – licznym w XVII i XVIII w. – nie przychodziło do głowy, aby tym zaszczytnym mianem obdarzyć chłopów i mieszczan. Dziedzicami Sarmatów byli oni sami, dziedzice tradycji i cnót rycerskich.

Wspomnijmy tu dla porządku o rozmaitych intelektualistach szlacheckich, narzekających już od XVI w. na ucisk chłopstwa – takich jak Andrzej Frycz Modrzewski (1503–1572) czy Piotr Skarga (1536–1612). „My wierne i święte chrześcijany, Polaki tegoż narodu, bez żadnego prawa mocą zniewalamy” – pisał Skarga, dodając, że chłopa traktuje się jak „okupione bydło”, a prawo, które na to pozwala, jest „dzikie i niesprawiedliwe”, stanowi „tyrańską krzywdę”, której należy się wstydzić. […]


Oświecenie przyniosło radykalną zmianę intelektualnego krajobrazu. Kryzys i słabość Rzeczypospolitej stały się widoczne nawet dla najbardziej zatwardziałych Sarmatów. Teoria podboju była nadal popularna, ale obrócono ją w polityczny oręż.

Służyła zarówno zwolennikom reform, jak i konserwatystom.

Konserwatywny pisarz, działacz szlachecki i dyplomata Michał Wielhorski (około 1730–1814), postać barwna i mająca bogaty życiorys, konfederata barski, spędziłdużą część życia, walcząc w obronie tradycyjnego porządku w umierającej Rzeczypospolitej. […] Książeczka Wielhorskiego zawierała kompletny projekt ustrojowy Rzeczypospolitej, otwierający się rozdziałem poświęconym początkom „narodu polskiego”. Autor streszczał w nim legendę o Sarmatach i dodawał, że ci Sarmaci, chociaż byli zaprawieni w bojach z perskim królem Kserksesem, zostali jednak podbici przez Lecha i jego drużynę. Wielhorski pisał: „Lech na czele licznego wojska osiadł Polskę w roku 550. Jeżeli zaś (...) poddali mu się dobrowolnie, alboli też on ich do tego przyniewolił, pewności nie mamy; podobniej jednak, że Lech mocy broni użyć musiał; albowiem wierzyć trudno, ażeby Naród tak liczny, tak odważny i przez kilka z Rzymianami potyczek do bitwy wzwyczajony, miał się rządowi jednego człowieka poddać dobrowolnie”.

Potem zaś „Lech i jego potomstwo rządzili Krajem według Praw słuszności i sprawiedliwości”. Cały projekt ustrojowy Wielhorskiego miał na celu zapewnienie szlachcie utrzymania władzy. […]

Teoria i mit najazdu […] służyła również krytykom pańszczyźnianego porządku. Nadawali jednak ocenie najazdu przeciwny wektor. U konserwatystów był uzasadnieniem zastanego porządku: męstwo okazane w podboju miało tłumaczyć aktualny przywilej. W przypadku ich politycznych przeciwników ów fundacyjny akt podboju miał stawiać prawomocność przywileju pod znakiem zapytania. W 1790 r. Franciszek Salezy Jezierski (1740–1791), jakobin i demokrata, […] również pisał o wyidealizowanych Sarmatach, walczących z Rzymianami, prostych, ale szlachetnych. Zostali oni później podbici przez protoplastów szlachty.

[…]



U Jezierskiego szlachetni Sarmaci byli podbijanymi, a nie zwycięzcami; stawiał on tradycyjną opowieść na głowie.

W ten sam sposób Jezierski wywodził też niską pozycję społeczną mieszczan. I miasta, jego zdaniem, pierwotnie zamieszkiwali szlachetni, zniewoleni potomkowie Sarmatów. Kiedy szlachta sprowadziła już całe chłopstwo do statusu „rzeczy należącej do człowieka”, zajęła się niewoleniem mieszczan i pozbawianiem ich wpływu na życie narodowe. Na tym polu także odniosła zwycięstwo.

[…]



Wiek XIX nadał legendzie o podboju status wiedzy naukowej, uświęconej autorytetem profesorów historii i statusem nauki akademickiej. […]

W wydanych w 1841 r. Pierwotnych dziejach Polski Henryka Lewestama (1817 1878), historyka literatury i dziennikarza, profesora warszawskiej Szkoły Głównej, najeźdźcami byli celtyccy Lechowie. Szlachta polska wywodziła się więc od Gallów, którzy przybyłego z austriackiej Karyntii Kraka uczynili królem Słowian.

Lewestam pisał, że podbój musiał być zbrojny, ponieważ Słowianie z pewnością stawiali opór. Daremnie jednak: „Raz atoli osiadłszy i ustaliwszy się, wojenny ten naród potrafił zrobić się panem krajowców i on to tworzył stan szlachecki, jak to po dziś dzień jeszcze w Polsce szlachta Llachowskiego jest początku. Krajowcy byli spokojnymi rolnikami, zamieszkującymi ogromną równinę, która się rozciąga od Karpat do Morza Bałtyckiego; nowi zaś przybysze byli wojownikami, którym łatwo było ześrodkować siły tam, gdzie jakikolwiek stawiano im opór. Nim Sławianie zjednoczyć się potrafili, już ich pokonano”.

Dowody Lewestama były, naturalnie, pośrednie: jednym z nich był fakt, że władcy „Llachiccy” byli „jak się zdaje”, wybierani, co zdaniem autora „pochodzi od zwyczaju celtyckiego nieznanego u Sławian”. Ostatnim władcą z linii oryginalnych najeźdźców był według historyka panujący w połowie IX w. nieudolny i okrutny Popiel.

Lewestam tłumaczył także najazdem istnienie całej grupy „włodyków”, znanej ze źródeł średniowiecznych, o której statusie historycy dyskutują do dziś. Byli to jego zdaniem dawni ojcowie rodzin patriarchalnych wspólnot słowiańskich, podbici, ale utrzymujący resztki swojej dawnej pozycji. To Celtom również należy przypisać, twierdził Lewestam, wprowadzenie na ziemie polskie instytucji niewolnictwa, którą doskonale znali z własnych stosunków. Pierwotny oddział Llachów, prawdziwych fundatorów państwa polskiego – miał składać się tylko z wojowników, a więc – z definicji – ludzi wolnych.

[…]



W tym pierwotnym podboju, wykłada Lewestam, miała także źródło pańszczyzna.

Zwycięscy Llachowie mieli niewolników – jeńców wojennych – których zmuszali do uprawiania własnej roli. Ponieważ jednak ich majątek stanowiła ziemia, a ona nie przynosiła zysków, jeśli nie była uprawiana, potrzebowali jak najwięcej poddanych – i „dlatego nie oszczędzali żadnego środka, aby ich sobie przywłaszczyć”. Jeszcze w XI w. mieliśmy więc w Polsce wolnych kmieci i władyków; w XIII w., pisał Lewestam, zostało ich już niewielu. Nowe poddaństwo było mniej uciążliwe niż dawne niewolnictwo – chrześcijaństwo łagodziło jego zdaniem ciężar – ale jednak „znaczne miało przykrości”. Niemniej jednak chęć Llachów do powiększania swojej władzy spowodowała poddanie wszystkich Słowian niewoli. Lewestam konkludował: „Takim sposobem najliczniejsza klasa narodu przez cały ciąg historii zupełnie zostaje oddaloną od wszelkich praw politycznych i nie wywiera żadnego wpływu na dobre mienie państwa.”

Dlaczego jednak, pytał historyk, opór podbitych był tak słaby? Wyjaśnienia szukał w cechach psychiki, które przypisywał Słowianom (a więc chłopom): byli potulni, niezdolni do zorganizowanego działania, prymitywni, żyjący w niezorganizowanej i nieznającej hierarchii wspólnocie rodowej. Byli i są więc idealnym materiałem na niewolników i poddanych. Dlatego historia Polski – pisał Lewestam – jest od podboju czymś zupełnie innym niż historia narodów słowiańskich. To naprawdę dzieje Llachów, wojowniczych i bitnych, które noszą cechę „historii celtyckiej”. Historia Polski jest też dziejami walk dwóch warstw Llachów – wyższej i niższej – o panowanie. Po podboju „krajowcy” znikają z kart historii. Lewestam uważa to za błąd Llachów, ale nie „ich winę”. Takie prawo i natura podboju.

Wpływowym zwolennikiem teorii najazdu był także Karol Szajnocha (1818–1868), historyk i inicjator wielkiego przedsięwzięcia wydawniczego Monumenta Poloniae Historica, edycji najważniejszych źródeł dotyczących historii Polski. Szajnocha uważał, że Normanowie najechali ziemie polskie na przełomie VI i VII w., przy czym północną część kraju zajęli Normanowie właściwi, a południową – ich sprzymierzeńcy. Wszystkich łącznie nazywano Lachami. Później owi Lachowie pod przywództwem Gota Kraka wyruszyli na południe, w stronę Grecji, a na tej wyprawie większość z nich zginęła. Był to więc polski wariant opowieści o założeniu Rusi przez Normanów, popularnej w XIX w.

„Jest to powszechną cechą zdobywców skandynawskich, okazującą ich równie wielkimi głową jak pięścią, będącą głównym kluczem do zrozumienia zagadki, jakim sposobem tak nieliczne drużyny mogły w tylu różnych stronach tak wielkie zbudować państwa. Ilekroć która z zdobywczych garstek Normaństwa stanęła na nowym gruncie i założyła tam swoje gniazdo, zawsze nowy ład i porządek pod jej twórczą zakwitał ręką, wznosiły się miasta i grody, nastawały prawa i stałe urządzenia społeczne”.

Rządy najeźdźców miały okazać się tak sprawne i bezpieczne, że podbity lud wolał ich od swoich rodzimych nieudolnych książąt. Podbici Słowianie (czyli chłopi) byli idealnymi niewolnikami – z tym wyjątkiem, że niezbyt chętnie oddawali się ciężkiej pracy. Szajnocha przeciwstawiał ich „usposobienie” Germanom. Słowian miała cechować „pewna leśna płochliwość” oraz „nietowarzyskość”. U Germanów działał „popęd ku-środkowy”, u Słowian – „od-środkowy”. Odpowiadało temu przywiązanie Słowian do życia wiejskiego i niechęć do miast, a pod względem politycznym – kłótliwość, nienawiść wzajemna i niezdolność do skoordynowanego działania, nawet w czasie wojny.

Słowianie – protoplaści chłopów polskich – „brak kitu społeczności” rekompensowali według historyka w części przywiązaniem do ziemi i do natury. W tej sferze ujawniała się ich przyrodzona łagodność i dobroć.

„Ileż wdzięku, moralności i siły w tym miłosnym związku Słowiańszczyzny z naturą! Uboga ziemia nadbałtycka była Słowianom żywicielką, księgą religii, kapłanką niewinności, fortecą. Podczas gdy inne plemiona roiły sobie tysięcznokształtne wyobrażenia bogów i bożków, Słowianie przestawali na prostym pojęciu jednego bóstwa w obłokach, twórcy piorunów i pogody. Kiedy inne ludy żyły wojną, rozbojem i krwią ludzką, a w razie przegranej lub pokoju poniewolnego narażone były z braku łupów na głód, Słowianin przestawał na płodach lasu, wody, pasieki, które rzadko chybiały. Kiedy długie pożycie z ludźmi uczy fortelów, podstępności, korzystania z ich błędów i nieszczęścia, słowiańskie obcowanie z naturą zachowało im chwaloną z dawien dawna niewinność serca, prostotę myśli, szlachetną otwartość charakteru”.

Prawdziwy Słowianin, dodawał historyk, doskonale czuł się w bagnach i lasach, a najchętniej „utajony na wyspie błotnej, albo w głębi lasów odwiecznych, pędził życie samotne”. Pędził życie z radością, chociaż w biedzie. „Mierność w jedle, stroju, mieszkaniu – zadowolenie z ubóstwa – były hasłem słowiańskim”. Odpowiadało to, jak zobaczymy w rozdziale piątym, wyidealizowanemu wyobrażeniu polskiego chłopa w części ówczesnej publicystyki.

Zwróćmy uwagę, że we wszystkich tych tekstach historycy – pisząc o odległej przeszłości – odwoływali się do swojego aktualnego doświadczenia: gigantycznej przepaści społecznej i fatalnego położenia chłopstwa. Stanu obecnego używali jako argumentu na rzecz teorii najazdu. Równocześnie też przypisywali podbitym cechy, które szlachcic dostrzegał (albo chciał dostrzegać) u „swojego” chłopa. W Historii pierwotnej Polski (1878) Julian Bartoszewicz (1821–1870), nauczyciel i historyk, prezentował już nowocześniejszy pogląd na źródła nierówności w Polsce. W pierwszym tomie zawarł Bartoszewicz wzruszający opis pierwotnych Słowian: prostych, uczciwych, dobrodusznych, pędzących spokojne i pokojowe życie pod łagodnymi patriarchalnymi rządami. Zacytujmy fragment z ciągnącego się długimi stronicami opisu prasłowiańskiej idylli: „Nie znali Słowianie obłudy, złości i zdrady; zachowywali starą ojców w obyczajach prostotę. Łagodni, uprzejmi, nad bezpieczeństwem gościa z narażeniem przyjaźni i sąsiedztwa czuwali, bo kto nie umiał go uchronić przed szkodą, wystawiał się na upokorzenie i zemstę od współbraci. Stąd za krzywdę gościa łatwo pomiędzy Słowianami przychodziło do wojny. (...) Kupcy i rzemieślnicy chętnie uczęszczali do Słowian, nie lękali się ani rozboju, ani kradzieży. Ludzkość ta rozciągała się nawet do jeńców wojennych. Naznaczali im zwykle czas niewoli, a po upływie dni przepisanych wolno było jeńcom wykupić się i powrócić do ojczyzny albo osiąść wśród Słowian na prawach swobody i braterstwa. Dostawali wtenczas posadę, rolę i wcielali się do obywatelstwa. Drzwi otwarte, jak dobre były dla uchodzenia przed nieprzyjacielem, tak i o gościnności świadczyły. Nie znali Słowianie ani skrzyń, ani kluczów. U bogatszych Słowian zawsze były roztwarte stoły. Każdy gospodarz miał osobną izbę jadalną, zastawioną rożnym jedzeniem i napojem, którego nigdy nie ubywało. (...) Miód był ulubionym Słowian napojem; niecili go naprzód z plastrów dzikich pszczół leśnych, a później umyślnie pasieki zaprowadzać zaczęli przy swoich mieszkaniach. Podobała się ta nowa gałęź gospodarstwa tak bardzo Słowianom, i pasieki tak się upowszechniły po ziemi, że stały się prawie cechą naszych ojców narodowości. Gdzie zastawiano miód u stołu, tam byli pewno Słowianie”.

Ojcowie słowiańscy byli królami w rodzinie – łagodnymi i wyrozumiałymi. Żony słowiańskie pozostawały im bezwzględnie wierne, tak bardzo, że często po śmierci ukochanego męża wstępowały na stos. „Obyczaje Słowian były niewinne i czyste. Niewiasta nie była w uniżeniu, jak gdzie indziej, owszem poważano ją jako matkę rodziny” – pisał historyk. Wspólnoty słowiańskie były rodzinami rodzin: dopiero „postęp cywilizacji” przyniósł ze sobą rozrost ambicji i książęce rządy. Sprawy wspólne, kiedy się pojawiały, rozstrzygano na radach starszych – ojców i przedstawicieli gmin rodzinnych. „Władza u Słowian zawsze była więc zacną, ojcowską, nie dla panowania, ale dla opieki nad ludem, dla dobra ogólnego” – pisał Bartoszewicz. „Naród cichy, potulny, rolniczy” – dodawał w innym miejscu.

SKĄD WIĘC WZIĘŁA SIĘ SZLACHTA?



„Pradawny kmieć słowiański”, pisał Bartoszewicz, był konserwatywny, przywiązany do własnych bogów i starodawnego trybu życia.

Władcy piastowscy narzucili mu nową wiarę i podległość wobec duchowieństwa i szlachty. Była to jednak podległość uzasadniona, ponieważ kmieć do wojaczki się nie palił. Jego przeznaczeniem było żywić króla, dwór i rycerstwo w zamian za ochronę.

„W zarządzie Bolesławowym padł podział pracy i jedni bronili ziemi, drudzy ją uprawiali, stąd poszła i powinność ludu pracowania dla szlachty, gdy król wyraźnie mówił, że cała służba rycerska jest właściwie przeznaczona ku obronie kmieci. Było to jednak tylko pół prawdy, bo nie dla samej obrony ludu, ale dla rozszerzenia granic państwa, dla większego ubezpieczenia narodowości służyła królowi służba rycerska. Za to duchowieństwu kmieć uprawiał ziemię z powinności owieczek ku pasterzowi. Szlachcie za obronę, duchowieństwu pracą około pola płacił za naukę.”

Razem z najazdem pojawiała się tu klasyczna szlachecka opowieść o początkach podległości. Według niej – a był to pogląd chętnie powtarzany w publicystyce jeszcze w XIX w. – pierwotnie podział na rządzących i rządzonych był po prostu pochodną wymiany przysług. Chłop pracą płacił za obronę i naukę – pisał Bartoszewicz. „Praca była za pracę, obowiązek za obowiązek” – dodawał, komentując, że chłop mógł od szlachetnie urodzonych tej obrony „wymagać”, chociaż nie wyjaśniał już, jak mógłby to zobowiązanie od szlachcica wyegzekwować. Do szlachty zaś – oprócz „Lechitów polskich” weszło również wielu obcych, czyli Czechów, Niemców, może i Skandynawów. Bliskość króla sprawiła, że szlachta zdobywała majątki, a najmniej zajmowała się uprawą roli, której się brzydziła, „jako zatrudnieniem poziomym”.

Królowi Bolesławowi Chrobremu (967–1025) zależało jednak, pisał Bartoszewicz, aby rycerstwo wywyższyć. Zyskiwał w ten sposób zarówno żołnierzy, jak i politycznych stronników. Sam król, dodaje historyk, powołując się na kronikę Galla, zawsze stawał po stronie kmieci i potrafił skazać na śmierć rycerza, który chłopa skrzywdził. „Nie ucisku więc, ale wszelkiej opieki doznawał od niego stan kmiecy” – pisał. W takich porządkach piastowskich kryło się według Bartoszewicza zarzewie późniejszej wolności (szlacheckiej, bo już nie kmiecej, o czym wspomina półgębkiem): „Polska tylko jedna, kraj czysto słowiański, umiała przechować, dzięki i w tej mierze usiłowaniom Bolesławowym, ów ogień święty wolności, który się potem ślicznym blaskiem rozpuścił, lubo już nie w patriarchalnej, ale w szlacheckiej postaci”.

Wielki bunt ludowy, który wybuchł wkrótce po śmierci Bolesława, był zdaniem Bartoszewicza karą za nadużywanie przez szlachtę swojej pozycji, buntem przeciwko szlacheckim „bałwanom swawoli”. Nie chodziło w nim więc o sam fakt zniewolenia, ale o to, że szlachta nadużywała swojej władzy […].

Jednym z najbardziej wpływowych (i zarazem jednym z ostatnich) rzeczników teorii najazdu był krakowski historyk Franciszek Piekosiński […].

[...]



Cały ustrój społeczno-państwowy Piastów w pierwszych wiekach był według niego „wpływem i skutkiem najazdu” – inwazji na tereny późniejszego państwa Polan ze strony „jednego ze szczepów lechickich, zamieszkałego niegdyś między Odrą i Łabą”. Herby szlacheckie pierwotnie – jako znaki wojskowe – jego zdaniem „noszą na sobie charakter” runów skandynawskich. To miało świadczyć, że wśród najeźdźców było wielu Duńczyków. Tylko najazd, zdaniem Piekosińskiego, mógł tłumaczyć strukturę społeczną monarchii wczesnopiastowskiej. Możni, rycerstwo oraz klasa włodyków – szeregowych wojów, która zanikła w późniejszym średniowieczu – miała wywodzić się od najeźdźców. Kmiecie wolni i niewolni byli autochtonami. Piekosiński wykładał: „Szlachta pomorsko-zaodrzańska, która znajdując się w ojczystej swej ziemi z dnia na dzień w coraz gorszym położeniu z powodu nawały saskiej, brandeburskiej i duńskiej, bliska zupełnej zagłady, garnęła się do Polski, szukając na dworze Piastów pomyślniejszej dla siebie doli, a Piastowie znajdowali się właśnie w takim położeniu, że dla nich ta wędrowna szlachta, przedstawiająca najlepsze, bo w bojach z Sasami, Niemcami i Duńczykami wypróbowane rycerstwo sławiańskie, nadzwyczaj pożytecznym była nabytkiem. Więc też Piastowie (...) z gotowością przyjmowali ją na swój dwór, obsypując licznymi posiadłościami tudzież wysokimi urzędami”.

Najazd z Zachodu uratował, jak twierdził historyk, monarchię piastowską przed niemiecką presją, której ulegli Słowianie zachodni. To najazd umożliwił księciu wprowadzenie despotycznej władzy kosztem starych, bardziej demokratycznych form władzy plemiennej. Grody książę obsadził lojalnymi wobec siebie przybyszami, podporządkowując im ludność rodzimą. Nałożył na nią też obowiązki utrzymania najeźdźców […].

Książę też „poddał ludność podbitą w pewien rodzaj lekkiej niewoli, ograniczając jej wolność osobistą stałym do gleby przywiązaniem”.

[…]



Przewijającym się nieustannie w tle historycznych rozważań elementem mitologii panowania było powtarzane bardzo długo i wytrwale przekonanie, że pańszczyzna w Polsce albo była dla chłopów dobroczynna – ponieważ panowie otaczali ich ojcowską opieką – albo przynajmniej była znacznie lżejsza niż ucisk, którego doznawali chłopi na Zachodzie (Wschód nie był tu traktowany jako punkt odniesienia). Ten pierwszy pogląd powracał w dziełach starszych, drugi powraca w polskiej historiografii i publicystyce do dzisiaj. Na początku XX w. teoria najazdu utraciła status dominującej teorii naukowej (chociaż nadal była serio rozważana przez naukę). Przestała być politycznie użyteczna. Życiem duchowym narodu rządzili wówczas inteligenccy radykałowie – socjaliści i endecy – i potrzebą polityczną zgłaszaną historykom było podkreślanie jedności narodowej.

[…]



„Wielu badaczy widzi w [teorii najazdu] jedyny klucz do wytłumaczenia silnej władzy pierwszych Piastów oraz zróżniczkowania ludności ówczesnej” – pisał socjolog Ludwik Krzywicki (1859–1941) w 1904 r. Nie wątpił, że przyszłe ziemie polskie nawiedzały liczne rozbójnicze drużyny, a niektóre z nich mogły na nich osiąść. W wielki najazd jednak nie wierzył: zdaniem Krzywickiego pierwotnym źródłem podziału społecznego była zawodowa specjalizacja – rolnik nie mógł być równocześnie wojownikiem, ponieważ pochłaniała go całkowicie praca na roli.

Ewolucja społeczeństwa polskiego miała dla niego naturalny charakter: wódz zbierał daniny i budował swoją drużynę, z której powstało rycerstwo herbowe. Utrzymanie władzy nowych, nieszlacheckich już, ale inteligencko-urzędniczych elit wymagało powstania nowych mitów, chociaż – jak zobaczymy – elementy starych poglądów (np. dotyczących rzekomej odrębnej i mniej predysponowanej do zajęć umysłowych) natury ludu polskiego miały się doskonale jeszcze w XX w. W latach 20.

XX w. socjolog i etnolog Kazimierz Dobrowolski (1894–1987), jeden z ojców założycieli polskiej socjologii, przypisywał posłuszeństwo ludu polskiego nie tylko przemocy i przewadze materialno-organizacyjnej elit, ale także „różnicy antropologicznej”, która miała dzielić chłopa od szlachcica. W słowach Dobrowolskiego pobrzmiewa echo modnych wówczas teorii rasowych: Jakże bowiem uderzającym jest, że wśród szlachty spotykamy przeważnie inne typy antropologiczne niż u włościan (...). Gdy u pierwszej pospolitym jest typ subnordyczny (uzdolniony, lecz lekkomyślny) i nordyczny (posiadający zmysł organizacyjny), wśród ludu widzimy często typ tzw. presłowiański, mniej utalentowany, rzadziej dochodzący do elity intelektualnej.

Jeszcze w początkach XX w. pogląd, że panujący i poddani w Polsce różnią się nie tylko majątkiem czy ubiorem, ale także etnicznie, miał status wiedzy naukowej (a przynajmniej uprawnionej hipotezy). Nakładał się na inne wyobrażenia elit o ludzie: że jest niesamodzielny, prymitywny, niezdolny do rządzenia sam sobą. Lud potrzebuje więc – brzmiał wniosek – światłej opieki.














Dodatkowe informacje

W szkołach uczą nas, że mamy być dumni z państwa polskiego. Lecz jak twierdzi Adam Leszczyński w książce "Ludowa historia Polski" – wczesne państwa były "machinami kontroli populacji". Czy państwo było więc potrzebne mieszkańcom dawnej Polski? Jeśli tak, to wszystkim, czy tylko niektórym?

Wersja PDF