Janusz Kolczyński
Instrument dywersji zwany „Wolną Europą”
...„We wczesnych miesiącach 1949 roku pewna liczba wygnańców i uchodźców z ujarzmionych krajów, spoza żelaznej kurtyny składała często wizyty w Departamencie Stanu. Ludzie z Departamentu Stanu szanowali wprawdzie ich poglądy, trudno było jednak potraktować uchodźców tak, jak na to zdaniem wielu urzędników faktycznie zasługiwali ze względu na utrzymywanie stosunków dyplomatycznych z rządami, przeciwko którym spiskowali wygnańcy…
Pewna liczba osób zarówno z kół rządowych, jak i spoza rządu, zebrała się pod przewodnictwem George'a Kennana dla omówienia sprawy... Kwestionowano całkowicie możliwość podejmowania oficjalnej akcji. Natomiast nieoficjalna działalność mogła być uzasadniona również z punktu widzenia stosunków dyplomatycznych. Na początku lutego 1949 roku Kennan przeprowadził w tej sprawie rozmowę z Josephem C. Grew. J. C. Grew, człowiek z ponad czterdziestoletnim doświadczeniem pracy w służbie zagranicznej, mógł należycie pojąć i docenić zagadnienie, z którym miał do czynienia Departament. Ze względu na to, że nie pozostawał on aktualnie na oficjalnym stanowisku, mógł się podjąć podobnej nieoficjalnej akcji…
W tym samym czasie p. Kennan podzielił się swymi poglądami z Deanem Achesonem, ówczesnym sekretarzem stanu. D. Acheson zgodził się widocznie z oceną sytuacji przeprowadzoną w czasie rozmowy, gdyż wkrótce potem p. Grew dostał odeń depeszę z pytaniem, czy mógłby on podjąć się zorganizowania grupy prywatnych osób dla zajęcia się pewnymi aspektami problemu uchodźców.
Pan Grew wezwał natychmiast swoich starych przyjaciół oraz kolegę ze służby dyplomatycznej De Witt C. Poole'a. Obydwaj spotkali się w maju 1949 r. w bibliotece rezydencji p. Grew, by zastanowić się nad realizacją idei i doszli do wniosku, że przede wszystkim należy utworzyć komitet, w skład którego wchodziłoby nie więcej niż 50 osób reprezentujących w szerokim zakresie większość środowisk religijnych, ekonomicznych i politycznych społeczeństwa amerykańskiego”.
Rezultatem tych rozmów było powstanie Komitetu Wolnej Europy. 1 czerwca 1949 r. odbyła się konferencja prasowa, na której J. C. Grew w następujący sposób sformułował zadania nowo powstałej organizacji:
„Po pierwsze — znalezienie właściwego zajęcia dla tych demokratycznych wygnańców, którzy przybyli do nas ze Wschodniej Europy, co było już w trakcie realizacji. Przedsięwzięcie to nie powinno być uważane za akcję filantropijną, ponieważ przyjdzie czas, gdy ucisk komunistyczny w Europie Wschodniej zostanie zlikwidowany lub też sam się załamie... W oczekiwaniu tego historycznego i krytycznego okresu należy pomóc przywódcom demokratycznym, by przetrwali cało i żywo w swobodnej przystani, do której zagnał ich los. Miejmy nadzieję, że gdy powrócą następnie do owych krajów, będą mogli aktywnie uczestniczyć w demokratycznej rekonstrukcji”.…
„Nasze drugie zadanie — stwierdził — polega na tym, by umożliwić wygnanym przywódcom przemawianie przez radio, by ich głos był skierowany do ich własnych narodów w Europie, w języku tych narodów i w ich ojczystym brzmieniu. Pomożemy im w miarę możliwości w przekazywaniu wiadomości drukiem”.
W programie wyłuszczono trzeci cel, polegający na umożliwieniu wygnanym przywódcom politycznym uzyskania szerokich kontaktów z życiem amerykańskim (Cytuję z książki R. T. Holta „Radio Free Europe”, Uniwersity of Minnesota Press, Minneapolis 1958. Jest to monografia, opracowana w ścisłej współpracy z RWE, a zatem trudno ją posądzić o jakikolwiek stronniczy krytycyzm wobec tej instytucji. Fakty podane przez Allan Holta potwierdza także autor drugiej
monografii o RWE A. Michie („Voices through the Iron Curtain, New York 1963)).
Uważałem za wskazane zwrócić uwagę czytelnika na te dość obszerne cytaty, bowiem moim zdaniem najbardziej autorytatywnie charakteryzują one przyczyny powstania, cel, sens i zadania organizacji, zwącej się Komitetem Wolnej Europy. Nieprzypadkowo termin powołania do życia tej instytucji zbiega się z okresem, kiedy zachodnia polityka „zimnej wojny” wchodziła w stadium kulminacji. Przypomnijmy, że był to okres, który znamionowały takie wydarzenia jak: zerwanie międzysojuszniczej współpracy w Niemczech, blokada Berlina, jednostronna decyzja mocarstw zachodnich, powołująca do życia NRF, co dało początek trwałemu podziałowi Niemiec; w rok zaś później Zachód wszczął regularną wojnę w Korei.
Komitet Wolnej Europy, powstały w tym czasie, miał stać się jednym z instrumentów „zimnej wojny” na jednym z ważnych odcinków — przeciwko państwom socjalistycznym Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej. Jego głównym narzędziem miała stać się dywersja ideologiczna, nie przebierająca w środkach propaganda, wprzęgnięta w rydwan prowadzonej przez Amerykanów „wojny psychologicznej”. Zmieniały się metody i formy działania, nawet hierarchia celów (Pierwszy cel wymieniony przez J. C. Grew już dawno zeszedł na dalszy plan), ale jedna rzecz pozostała bez zmiany od samego początku: ścisłe podporządkowanie „Wolnej Europy” polityce amerykańskiej, wykonywanie przez nią zadań, wynikających z tej polityki.
ZA „PRYWATNYM” SZYLDEM
Formalnie Komitet Wolnej Europy (Free Europe Committee) jest prywatną organizacją, przedsięwzięciem, za które odpowiada grupa amerykańskich osobistości. Złudne to wszakże pozory. Cytowany już Holt pisze wyraźnie, że „z amerykańskiego punktu widzenia RWE jest podobnie jak i NATO instrumentem amerykańskiej polityki zagranicznej, chociaż instrumentem nieoficjalnym”.
Zresztą dwie grupy faktów najlepiej świadczą, jak złudne są wyobrażenia o „prywatnym” charakterze tej instytucji.
Po pierwsze — jest to skład Komitetu. Na przestrzeni blisko szesnastu lat przewinęło się przezeń wiele osobistości: W. Donnovan (b. szef amerykańskiego wywiadu wojskowego), A. Dulles (b. szef CIA (Centralna Agencja Wywiadu (Central Intelligence Agency.)), gen. D. Eisenhower (przed wyborem na prezydenta USA), A. A. Berlei jr (b. pomocnik sekretarza Stanu), J. C. Grew i R. D. Hurphy (b. podsekretarz Stanu), J. C. Hugles i A. Bliss-Lane (b. ambasadorowie), T. Biddle i W. H. Tarley (b. ministrowie) — to tylko niektórzy z obecnych i byłych członków KWE. Jak więc widać Komitet ten grupuje czołowe osobistości amerykańskiego świata politycznego, ludzi o dużych wpływach i doskonałych powiązaniach z czynnikami rządowymi. W ten właśnie sposób zapewniona jest ścisła koordynacja działalności KWE z oficjalną linią polityki amerykańskiej.
Zwraca tu uwagę jeden fakt: w KWE obok znanych działaczy politycznych i dyplomatów zasiada znaczna reprezentacja sił zbrojnych (obecnie np. admirał Miller, gen. Wittenberger, gen. Smith) i ludzi związanych z wywiadem (np. w chwili obecnej Shepardson, Yarrow, Jackson — specjalista od „wojny psychologicznej”). Fakt ten wyda się całkiem naturalny, jeśli zważyć, że zadania wypełnione przez „Wolną Europę” mają także aspekt wywiadowczy i strategiczny. Niezbędna jest zatem obecność „specjalistów” i „kontrolerów” w zakresie tych zagadnień. Dodać jeszcze trzeba, że ponadto w skład KWE wchodzą przedstawiciele businessu oraz niektóre osobistości z antykomunistycznego frontu ideologicznego.
Po drugie — bodaj najistotniejszych faktów, określajacych oblicze KWE dostarcza odpowiedź na pytanie: kto za to płaci? KWE — w innych przypadkach skłonny do najszerszego reklamiarstwa — otacza wprawdzie wyjątkową tajemnicą wszystkie swe sprawy finansowo-budżetowe, jednakże można zrekonstruować pewne dane w tym zakresie (źródłem „przecieków” na ten temat są często jej konkurenci, którzy pragnęliby złamać monopol KWE w zakresie antykomunistycznej propagandy do europejskich państw socjalistycznych).
Wiadomo więc, że znaczna część funduszów KWE pochodzi od tzw. Krucjaty Wolności — organizacji zajmującej się zbiórką funduszów na działalność antykomunistyczną. Według źródeł zachodnich (znane dzienniki „Die Welt” i „Frankfurter Rundschau”) samo tylko Radio „Wolna Europa” otrzymuje od Krucjaty 10 mln. dolarów rocznie. Trzeba dodać, że w tworzeniu tych funduszów niewiele ważą otwarte kampanie zbiórkowe. Olbrzymia większość sum wpływa bezpośrednio od wielkich monopoli (np. US Steel Co. przeznaczyła na ten cel 1,5 mln. dol.). Londyński „Dziennik Polski” i „Dziennik Żołnierza” (Dziennik ten pozostaje w rękach ugrupowania gen. Andersa. Dane ujawniał w tym okresie, gdy pozostawał — zresztą tylko z przyczyn konkurencyjnych — w konflikcie z RWE.)) ujawniał jednak, powołując się na prasę nowojorską, że „część wielomilionowych funduszy, którymi dysponuje »Free Europe« bynajmniej nie pochodzi ze zbiórek publicznych, organizowanych przez tzw. »Crusade for Freedom«, lecz z centrali amerykańskiego wywiadu”. A emigracyjny miesięcznik „Horyzonty” rozszyfrowywał rzecz jeszcze dokładniej: „trzy czwarte wydatków na działalność Radia Wolnej Europy i jej operacji pokrywane są przez Central Intelligence Agency (Centralna Agencja Wywiadu), kierowaną przez Allana Dullesa”…
Cóż, do tego dodajmy jeszcze, że trzej kolejni prezydenci USA — Einsenhower, Kennedy, Johnson (a więc zarówno republikanin, jak i demokraci) wielokrotnie dawali wyraz swemu poparciu dla tego przedsięwzięcia, jakim jest KWE. Zaś „prywatny” szyld w tym przypadku jest bardzo potrzebny. Prywatna instytucja „korzysta z większej swobody określania tego, co wolno powiedzieć oraz z większej swobody doboru metody, umożliwiającej zdobycie informacji, niż agencja rządowa, która musi honorować zobowiązania, wypływające ze stosunków dyplomatycznych”. Może ona „występować” z oświadczeniami, niemającymi żadnego związku z rządem. Stąd wniosek, że nasi urzędnicy mogą się jej wyprzeć lub co najmniej nie ponosić za nią odpowiedzialności”. Oto poglądy zachodnich specjalistów w tej dziedzinie — Lloyda Free, Barretta, Dooba (Omawia je R.T. Holt w cytowanej książce)). Wolnej Europie, która od początku zakładała, że w swej działalności będzie obracać się na pograniczu prowokacji, potrzebne było takie „prywatne alibi”.
To jest właśnie istota tzw. „czarnej” propagandy, o której amerykański znawca przedmiotu Boring pisał, że ma ona „przywilej braku odpowiedzialności, pozwalając rozpowszechniać pogłoski i skandale, nie dyskredytując przy tym swego rządu” („Psychology for the Armed Services”, Washington 1945). Dlatego właśnie ta „czarna” propaganda formalnie musi znajdować się w „prywatnych” rękach.
NA OBCYM ŻOŁDZIE
Tak więc — nie może być żadnej wątpliwości co do charakteru „Wolnej Europy”. Zarówno opisana tu historia jej powstania, jak przytoczone fakty wskazują, że za „prywatnym” szyldem kryje się instrument oficjalnej polityki Amerykanów. I tylko Amerykanów.
Chociaż bowiem w działalności KWE i RWE biorą udział reakcyjni emigranci polityczni z krajów Europy Wschodniej, jednakże — bez złudzeń — nie mają oni najmniejszego wpływu na linię polityczną tej organizacji. Własną inicjatywę mogą oni przejawiać o tyle, o ile mieści się to w ramach polityki amerykańskiej. Są płatnymi pracownikami, agentami, i nic więcej. Dlatego muszą oni godzić się również na takie dyspozycje amerykańskie, które nie są zgodne z najszerzej pojętym interesem narodowym ich kraju.
Przykładów najbardziej plastycznych dostarcza tu — jeśli zatrzymać się tylko na działalności polskich emigrantów w RWE — sprawa stosunków polsko-niemieckich i granicy na Odrze i Nysie. Dyrektor polityczny RWE, Amerykanin Burks, oświadczył w 1963 r. na jednej z konferencji prasowej, że w sprawie zachodnich granic Polski „Wolna Europa” nie może zajmować żadnego stanowiska, bowiem „zostałaby skarcona przez Departament Stanu”. Znane szeroko były w swoim czasie incydenty wokół wstrzymania audycji omawiającej rezolucję Kongresu Polonii Amerykańskiej (Kongres czołowa organizacja Polonii Amerykańskiej kierowana jest przez prawicowych działaczy, jednakże w sprawie granic zachodnich zajmuje zdecydowanie pozytywne stanowisko, uwzględniając prawie jednolitą postawę wszystkich obywateli amerykańskich polskiego pochodzenia, opinię, uznającą trwałość tej granicy i wypowiadającą się za formalnym jej uznaniem przez Zachód)), wypowiadającej się za granicą na Odrze i Nysie. Trzeba było aż interwencji wysokich czynników amerykańskich (było to w okresie wyborów 1960 r. i chodziło o pozyskanie głosów Polonii Amerykańskiej), aby audycja ta została w końcu nadana. W tym przypadku „wolni europejczycy” okazali się bardziej dogmatyczni, niż czołowi politycy amerykańscy, którym okres wyborczy podyktował pewną elastyczność.
Ale rozgłośnia polska nie tylko milczy w sprawie granic zachodnich, ale także nie pomija żadnej okazji, by zareklamować Niemcy Zachodnie i zachodnioniemiecki punkt widzenia. Nie mało audycji poszło w eter z RWE, które uzasadniły remilitaryzację Niemiec Zachodnich, ich politykę zbrojeniową. Ba, zdarzały się głosy sugerujące, że militarystyczna polityka zachodnioniemiecka jest w znacznej mierze wynikiem... zagrożenia ze Wschodu, wynikiem „negatywnej” polskiej postawy. Próżno natomiast szukać w audycjach RWE wiadomości o prężnym ruchu rewizjonistycznym w NRF, o aprobacie czynników oficjalnych dla tendencji odwetowych. W tych sprawach RWE nabiera wody w usta.
Sprawa jest prosta. W kalkulacjach polityki amerykańskiej Niemcy Zachodnie liczą się bardzo mocno, jak przyznawał londyński „Dziennik Polski” są one „naczelnym sprzymierzeńcem Stanów Zjednoczonych na kontynencie europejskim” Zachodnioniemiecki punkt widzenia często ważył — obserwowaliśmy to wielekroć w ciągu minionych lat — na decyzjach politycznych USA. Nic zatem dziwnego, że rozgłośnia amervkańska — a taką jest przecież RWE — musi się w swej działalności liczyć z punktem widzenia „naczelnego sprzymierzeńca”. Choćby to było nawet niewygodne — co z melancholią przyznają „wolni europejczycy” — z propagandowego punktu widzenia, choćby nawet osłabiało skuteczność ich propagandowych zabiegów. Nie bez znaczenia jest również i ten fakt, że kwatera RWE znajduje się na terytorium NRF.
Rzecz jednak również w tym, że wielu emigrantów polskich. zgrupowanych wokół RWE, jak również wokół takich emigracyjnych pism jak „Kultura”, „Wiadomości”, „Dziennik Polski” i „Dziennik Żołnierza” (ludzie z tych pism są zresztą stałymi współpracownikami RWE) gorliwie propagują prozachodnio-niemiecką linię nie tylko dlatego, że taki jest nakaz Amerykanów. Wielu z tych ludzi bezpośrednio związało się z ośrodkami zachodnioniemieckimi. Wielu z nich jedyną szansę „wyzwolenia” Polski widzi w ścisłym aliansie z Niemcami Zachodnimi. Wszyscy oni są zbyt wytrawnymi politykami, by nie zdawali sobie sprawy, że ta „pomoc” musiałaby kosztować Polskę nie tylko utratę Ziem Zachodnich, ale także co najmniej pełne podporządkowanie Niemcom, zamianę w niemiecki Hinterland. Ale ich antykomunizm, nienawiść do socjalizmu w Polsce, jest tak silny i zaślepiony, że wykarczował w nich wszelkie poczucie interesu narodowego.
Ludziom tym daje zresztą przykład jedna z czołowych postaci polskiej emigracji — gen. Anders. Anders w okresie kryzysu berlińskiego wysunął koncepcję „legionu polskiego”, który wziąłby udział w przyszłej wojnie u boku sojuszników (tzn. również Bundeswehry). Kiedy Andersowi, który plan ten przedstawiał na jednym ze spotkań z Polonią Amerykańską, p. A. Lagodzińska (Prezes Związku Polek w Ameryce, jedna z działaczek Polonii, wy powiadająca się — mimo wszystkie różnice polityczne — za kontaktami z Polską; gościła w Polsce) zadała pytanie: „Jaką korzyść odniesie z tego Polska i jaką dostanie gwarancję, że zachowa Ziemie Zachodnie”?, generał odparł, że „Polsce wystarczą wolne sztandary powiewające po tej stronie »żelaznej kurtyny«” (wg emigracyjnego „Naszego Znaku” ze stycznia 1962 r.).
W środowisku emigrantów, związanych z „Wolną Europa”, rozwija się ostatnio szeroki ruch na rzecz „pojednania polsko-niemieckiego”. Jest rzeczą nader interesującą, iż partnerami „naszych” emigrantów z drugiej strony w tym dialogu nie są bynajmniej postępowe czy choćby realistycznie myślące środowiska zachodnioniemieckie, lecz ludzie związani z ruchem rewizjonistycznym lub wręcz ruchem tym kierujący. Do akcji tej włącza się rząd NRF, który finansuje podróże emigracyjnych dziennikarzy polskich do Niemiec Zachodnich, uzyskując za to przychylne publikacje (jak to było w przypadku Bregmana, — publicysty często występującego w RWE).
Tą akcją „pojednania”, która w gruncie rzeczy sprowadza się do współpracy z ośrodkami rewizjonistycznymi w NRF, kierują tacy ludzie jak: E. W. Kozłowski — dawniej agent hitlerowskiego wywiadu — Abwehry, obecnie pracujący dla zachodnioniemieckiego ośrodka szpiegowskiego gen. Gehlena, T. Katelbach, który propaguje w swych artykułach myśl, że Niemcy mają do spełnienia „europejską misję” wobec krajów Europy Środkowej i Wschodniej; J. Szempowski (vel Hostowiec) uznany za „poprawnego” Polaka przez taki autorytet jak Bolko von Richthofena, jeden z czołowych autorytetów ideologii rewizjonistycznej; J. Mieroszewski, który pisał, że „osobiście wyznaję to z całym spokojem — byłem przeciwnikiem odrywania tych ziem (tzn. naszych Ziem Zachodnich) od Niemiec” i który określił sprawę granicy na Odrze i Nysie jako „scenkę niepodległościową”, której celem jest „mobilizacja narodowa” w interesie „reżimu”. Wszystkich tych ludzi często można słyszeć w programach „Wolnej Europy”. A podobne przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
Jakie są polityczne konsekwencje takiej działalności i postawy? Nader poważne. Ta kolaboracja stwarza pozory współpracy między Polakami a ośrodkami zachodnioniemieckimi. Rozumieją to doskonale w NRF i starają się wszelkimi sposobami zdyskontować ją propagandowo. Ośrodkom zachodnio-niemieckim kolaboracja ta służy w lansowaniu mitów, że granica na Odrze i Nysie — to tylko postulat komunistów, natomiast z przedstawicielami polskiego ruchu antykomunistycznego można by łatwo rozstrzygnąć tę sprawę „pokojowo” oczywiście, po myśli Niemiec Zachodnich. Trzeba powiedzieć, że niektóre prawicowe odłamy opinii publicznej na Zachodzie skwapliwie podchwytują tę myśl. Przytoczmy choćby przykład amerykańskiego kongresmena Reece'a, który wystąpił w Kongresie USA przeciwko granicom zachodnim Polski, argumentując, że nawet polska opinia nie jest w tej sprawie jednolita; na dowód powołał zaś wypowiedzi Andersa.
Rzecz prosta, że już sama antykomunistyczna linia „Wolnej Europy” sprawia, że traktujemy tę instytucję jako przeciwnika służącego ideologii ahumanistycznej, reprezentującej wsteczny punkt widzenia, hamującej rozwój ludzkości. To już wystarcza dla politycznej oceny RWE — ostro krytycznej, negatywnej. Ale w ocenie polskich emigrantów, tam działających, możemy pójść dalej: spadli oni do roli płatnych agentów, wykonujących robotę polityczną dla obcych ośrodków, wielekroć ze szkodą dla swego narodu. Taka jest dziś logika antykomunizmu: dziś, kiedy przyszłość Polski, wszystkie jej sukcesy i perspektywy związane są z socjalizmem, antykomunistyczna postawa w ostatecznym rachunku prowadzi na drogę narodowego zaprzaństwa.
APARAT I MOŻLIWOŚCI
Wydaje się, że warto kilka choćby słów poświęcić organizacji aparatu, który stworzyła „Wolna Europa” dla realizacji swych celów. Otóż całokształtem działalności tej instytucji kieruje, jak już pisałem, Komitet Wolnej Europy. Spośród swego składu wyłania on organy wykonawcze — Biuro Dyrektorów i Komitet Wykonawczy. Bieżące kierownictwo spoczywa w ręku Prezydenta (funkcję tę sprawuje John Richardson jr, businessman, który od wielu lat jest jednym z czołowych działaczy frontu antykomunistycznego w USA), który sprawuje je przy pomocy wiceprezydentów, sekretarza i skarbnika.
Najważniejszym i najbardziej rozbudowanym działem pracy KWE jest Radio „Wolna Europa” (RWE). Na czele tej placówki stoi jeden z wiceprezydentów — generał rezerwy Rodney C. Smith. Ale —oprócz RWE — działają jeszcze inne komórki organizacyjne. Komitety, tzw. „division” (Oddziały): Publikacji i Projektów Specjalnych (działalność wydawnicza), Operacji Bloku Komunistycznego (praca o charakterze analityczno-wvwiadowczym), Operacji Wolnego Świata i Operacji Zachodnio- europejskich (oddziały te organizują na Zachodzie kampanie propagandowe przeciwko krajom socjalistycznym). Specjalną rolę odgrywa Oddział Politycznych Organizacji Uchodźców, który finansuje działalność rozlicznych organizacji (nieraz liczących po kilkanaście tylko osób), takich jak Zgromadzenie Europejskich Narodów Ujarzmionych, Międzynarodowa Unia Chłopska, Unia Socjalistyczna Europy Środkowo-Wschodniej itp.; są to organizacje, zrzeszające „partie” emigracyjne z Polski, Węgier, Rumunii i innych krajów. Spośród polskich organizacji na żołdzie KWE wymienić można np. Radę Jedności Narodowej (skupia zwolenników Andersa) i Polski Narodowy Komitet Demokratyczny (Mikołajczyka) oraz ze wszystkimi „partiami” wchodzącymi do tych ugrupowań, dalej Zrzeszenie Studentów i Absolwentów Polskich na Uchodźstwie (ZSAPU), pisma emigracyjne jak „Kultura” czy „Jutro Polski”.
Kto daje pieniądze, ten i kieruje. Wyjaśnić zaś trzeba, ze wszystkie te organizacje nie są Amerykanom potrzebne ze względu na ich znaczenie polityczne; jest ono bowiem dziś równe prawie zeru. Potrzebne są one do konkretnych zadań: do działalności propagandowej, podtrzymującej antykomunistycznego „ducha bojowego” na Zachodzie oraz do roboty szpiegowsko-dywersyjnej wśród emigracji i ludzi, którzy przyjeżdżają na Zachód zza „Żelaznej Kurtyny” — turystów, stypendystów itp. Przejdźmy teraz z kolei do struktury najważniejszej placówki KWE — Radio „Wolna Europa”.
Działalnością tej placówki kieruje dyrekcja przy pomocy szeregu komórek organizacyjnych. Biuro Dyrektora Politycznego oraz Departament Programowy (Podlegają Dep. Kierownictwa, Programu Dep. Analiz Programu, Sekcja Badań Opinii Słuchaczy, Sekcja Wydarzeń Specjalnych)) pełnią tu kluczową rolę, zajmują się bowiem wytyczaniem programu i taktyki RWE, jak również kontrolą działalności poszczególnych rozgłośni. Z ich działalnością związany jest także Departament Informacji. Dyrektorowi Politycznemu podlegają także trzy departamenty „badawcze” zajmujące się w istocie działalnością typu wywiadowczego. Oprócz tego istnieją Departamenty Techniki i Obsługi, Spraw Publicznych (propaganda działalności RWE), Personalny i Biuro Bezpieczeństwa (kontrwywiad wewnętrzny) (Taki obraz struktury daje analiza dostępnych oficjalnych wydawnictw RWE. Jest to stan na I półrocze 1964 r. Ponieważ charakterystyczną cechą RWE są częste reorganizacje, mogły zajść od tego czasu pewne zmiany w strukturze. Wnioskując jednak z analizy dotychczasowych reorganizacji, nie wprowadzały one — jeśli zaszły — zasadniczych zmian). Bezpośrednia realizacja działalności propagandowej przebiega poprzez 5 rozgłośni narodowościowych (polską, węgierską, rumuńską, czechosłowacką, bułgarską).
Centrala RWE mieści się w Monachium. Natomiast w Nowym Jorku znajduje się Biuro RWE, które zapewnia łączność między kierownictwem KWE a centralą monachijską.
Przytoczmy z kolei kilka informacji faktycznych obrazujących wyposażenie, możliwości techniczne i personalne oraz zasięg działania Radia „Wolna Europa”.
RWE startowało w 1950 r. (w rok po założeniu Komitetu) z nadajnikiem o mocy 7,5 KW, w 1963 r. dysponowało zaś już 28 nadajnikami w 3 radiostacjach (NRF-Biblis i Holzkirchen, Portugalia — Lizbona) — o łącznej mocy 1.250 KW. Na początku 1964 r. oddany został do eksploatacji dodatkowy nadajnik o mocy 250 KW oraz zapowiedziano zwiększenie mocy o dalsze 750 KW. RWE dysponuje także: 17 studiami radiowymi w Monachium oraz stacją nasłuchu, odbierającą i notującą programy 60 radiostacji państw socjalistycznych. Program Radiowy „Wolnej Europy” nadawany jest do pięciu krajów socjalistycznych: Polski, Bułgarii, CSRS, Węgier i Rumunii. Łącznie obejmuje on 450 godzin tygodniowo, z czego na audycje w języku polskim zajmują 125-130 godzin tygodniowo, tzn. przeciętnie 18 godz. na dobę. RWE chwali się, że program w języku polskim stanowi 65% wszystkich audycji nadawanych przez sekcje polskie radiofonii zachodnich (tj. RWE, BBC, Głosu Ameryki, Madryt, Ankarę, Radio Francuskie i inne). W rzeczy samej RWE odgrywa kluczową, prawie monopolistyczną rolę w zachodniej propagandzie radiowej nie tylko na Polskę, ale także na pozostałe cztery z wymienionych krajów socjalistycznych (W tym miejscu trzeba dodać, że w zachodniej propagandzie radiowej panuje „specjalizacja”. Tak np. RWE działa na 5 wspomnianych europejskich krajów socjalistycznych, nie wychodząc poza ten zakres. Natomiast „czarna” propaganda na ZSRR zarezerwowana jest dla mieszczącej się zresztą także w Monachium org. radiowej Liberation (Wyzwolenie), NRD zaś stanowi strefę działania radiofonii zach. niem. oraz amer. rozgł. RIAS w Berlinie Zach. Takie zaś radiofonie, jak „Głos Ameryki” czy BBC zajmują się tzw. „białą” propagandą. Skale natężenia tej bieli są zresztą nieraz różne, przechodząc często w szarość). Działalność innych radiostacji zachodnich w tym zakresie jest o wiele mniejsza, stanowi tylko dodatek, uzupełnienie akcji RWE.
W prostym stosunku do tej działalności pozostaje — rzecz prosta — liczebność personelu RWE. Wynosi ona około 2.000 ludzi, z czego na centralę monachijską przypada blisko 1.300, pozostała część — to personel ośrodka nowojorskiego oraz 10 oddziałów w różnych krajach. W centrali monachijskiej większość zatrudnionych to Niemcy (ok. 700 osób), a znaczna część — reakcyjni emigranci (ok. 500 osób). Personel amerykański jest wprawdzie nieliczny, ale za to zajmuje wszystkie kierownicze funkcje — kierowników sekcji, dyrektorów departamentów. Najwyższe stanowisko — jakie zająć może emigrant — to dyrektor rozgłośni narodowościowej.
W tym miejscu trzeba dodać, że rozgłośnie narodowościowe, gdzie głównie koncentrują się emigranci, nie posiadają najmniejszej autonomii. Rygorystycznie są one podporządkowane kierownictwu amerykańskiemu, w pierwszym rzędzie Biuru Dyrektora Politycznego i Dep. Programowemu. Bez akceptacji tych placówek nie ma mowy o żadnej inicjatywie. Tam nie tylko zatwierdza się propozycje programowe i cenzuruje audycje, stamtąd płyną także kategoryczne dyrektywy — jakie tematy podejmować, jak je oświetlać, o czym nie wolno mówić itp. Dyrektor rozgłośni odgrywa jakąś rolę tylko wtedy, gdy jest uważany za zaufanego człowieka, karnie i z przekonaniem wypełniającego amerykańskie dyrektywy. Dyrektor rozgłośni polskiej — Nowak — ma taką właśnie opinię, nic zatem dziwnego, że nieprzerwanie, od chwili startu audycji polskich, sprawuje swą funkcję.
STRATEGIA I TAKTYKA
Kilka słów o taktyce i metodach działania RWE. Jeszcze raz odwołam się do autora monografii o „Wolnej Europie” — Holta. Pisze on, że RWE przyjęło zasadę rzetelności i prawdomówności, „jednakże to umiłowanie dokładności przy przekazywaniu informacji oraz uczciwości w ich komentowaniu nie powinno przyjmować formy »nadawania prawdy, całej prawdy niczego poza prawdą...« Toteż ogranicza się niekiedy pełną wymowę prawdy — jest to środek ostrożności, stosowany w interesie zaufania. Istnieje szereg wypadków, gdy po prostu dokładne informowanie o faktach może istotnie prowadzić do nieporozumień i zamieszania... Toteż rozmaite oświadczenia lub wydarzenia, mogące być źle zrozumiane, powinny być złagodzone lub niedopuszczone do programu”.
Zgodnie z tą receptą RWE „łagodzi” i „ogranicza wymowę prawdy”... Najczęściej metoda jest następująca. Bierze się za punkt wyjścia prawdziwy fakt, często szeroko znany — co ma stworzyć pozory wiarygodności — a następnie poddaje go się komentatorskim zabiegom, dosypuje się garść fałszywej plotki i kilka zmyślonych faktów. Przy tym dla specjalistów w RWE każdy fakt jest dobry do ataku na Polskę, na ustrój socjalistyczny. Oto np. na Olimpiadzie Zimowej w Innsbrucku Polska nie osiąga żadnego sukcesu. Pan Trojanowski z RWE komentuje: „Polacy — to drużyna spuszczonych głów... To przecież są synowie i córki zmaltretowanego narodu, żyjącego w upadku, w niepewności jutra, w rosnącej beznadziejnej biedzie”.
Jednym słowem — przyczyny porażki tkwią immanentnie w ustroju socjalistycznym.
Ale w kilka dni później inny autor poświęca w swej audycji „Złota księga osiągnięć polskich za granicą” bardzo wiele uwagi zagadnieniom sportu, cytując osiągnięcia polskich mistrzów — tych „synów i córek zmaltretowanego narodu”, „drużyn spuszczonych głów”. W czym rzecz. Otóż Polskie Radio w jednej ze swych audycji wystąpiło z oceną, że 1963 r. — jeśli idzie o osiągnięcia w kulturze — był średni. RWE zmontowało czym prędzej audycję, reprezentującą osiągnięcia Polski w tym roku (włączając w to nawet sport).
Sens tego przeglądu był następujący: proszę oto jak komuniści nie doceniają dorobku narodu.
Nawiasem mówiąc, przykład ten pobudza nieco do śmiechu, ale jest odzwierciedleniem pewnego ogólniejszego zjawiska.
RWE odeszła już dość dawno od prymitywnego krytykowania wszystkiego, co jest w Polsce. W jej audycjach pojawiają się nieraz nuty uznania dla osiągnięć socjalistycznych Polski. Ba. Autorzy RWE deklarują się nieraz zwolennikami reform społeczno-gospodarczych, przeprowadzonych w Polsce. To jest pośrednie przyznanie się do faktu, że metody twardogłowego antykomunizmu nie zdają dziś egzaminu. RWE zdaje sobie sprawę, że gdyby dziś szła do słuchacza z audycjami, z gruntu negującymi dorobek Polski Ludowej, albo np. z postulatem przywrócenia własności kapitalistycznej czy obszarniczej, nie mogłaby liczyć na najmniejszy rezonans w społeczeństwie.
Po to, by wkraść się w zaufanie słuchacza, musi ona chwalić to, co powszechnie uznane jest przez całe nasze społeczeństwo za wielki dorobek budownictwa socjalistycznego w Polsce. Ale jednocześnie opatruje wszystkie te pozytywne wypowiedzi komentarzem — nieraz, trzeba powiedzieć, subtelnym, ledwo dostrzegalnym. Sens tego komentarza to przeciwstawianie społeczeństwa władzy, ustrojowi, próba wmawiania, że nasze osiągnięcia zrodziły się niezależnie od ustroju socjalistycznego. Co więcej — podchwytując i rozdmuchując nasze obiektywne trudności, RWE idzie w tym komentarzu na kolejny fałsz: oto — mówi ona — gdyby panowała inna władza, to nie byłoby tych trudności; osiągnięcia byłyby zatem jeszcze większe.
Oczywiście, argumentacja ta jest z gruntu bzdurna dla człowieka o minimalnym wykształceniu politycznym, zwłaszcza dla tego, który z własnego życia wyniósł doświadczenie, czym była Polska kapitalistyczna. Ale do pewnej grupy słuchaczy, którzy tego minimum wiedzy nie mają, albo dla ludzi młodych, którzy nie mają żadnych osobistych doświadczeń z zakresu panowania w Polsce międzywojennej tego zachwalanego przez RWE reżimu, komentarze te mogą czasami przemówić. Tym bardziej że RWE klnie się na wszystkie świętości, że nie ma mowy o cofnięciu socjalistycznych reform społecznych, chodzi „tylko” o zmianę władzy. Na jaką — tego bliżej woli RWE nie precyzować. Ale jej protektorzy i amerykańskie kierownictwo mówią wyraźnie, że RWE stanowi „wielką ofensywną broń przeciwko komunizmowi” i pracuje „nad umocnieniem tych tendencji wewnątrz bloku radzieckiego, które sprzyjają naszej sprawie, tj. restytucji kapitalizmu”.
Nie zawsze sięga jednak RWE do finezyjnych metod. Gdy trzeba — a zdarza się to bodaj jeszcze częściej — nie cofa się przed poważnymi oszczerstwami, bzdurną plotką, fałszerstwem. Dla ludzi w RWE nie istnieją takie pojęcia jak „wierność zasadom”, „konsekwencje”. Gotowi są z dnia na dzień zmieniać zdanie, jeśli tylko to daje najmniejszy punkt wyjścia do ataku na Polskę, władzę ludową. Mało ich obchodzą wewnętrzne sprzeczności, które pojawiają się w ich audycjach. Są w tym nieraz śmieszni. Oto ich wydawnictwo „Na antenie” publikuje rzekomy list z Warszawy, w którym czytamy, że niczego w Polsce nie można kupić w sklepie, jedynie wódka jest wszędzie. A na tej stronie, w innym miejscu stwierdzenie: „nawet wódki już w tym kraju dostać nie można”.
Tak np. ustawa o zatrudnieniu absolwentów raz była przedstawiana jako dopust boży, ograniczenie praw, kaganiec itp., a innym razem jako rzecz doskonała, jedynie zapewniająca racjonalne i pełne zatrudnienie młodzieży. W tym drugim przypadku bowiem autor wziął sobie za cel udowodnienie, że „reżim” nie jest w stanie zrealizować tej doskonałej ustawy.
Czy RWE nie obawia się, że słuchacz wychwyci te rozbieżności i wolty? Chyba nie, skoro uprawia tę taktykę od dawna. Ten brak obaw wynika — jak się wydaje — z założenia, że RWE nie ma regularnych słuchaczy (jeżeli są tacy, to są już ludzie, do których przemówi i tak każda antykomunistyczna bzdura), takich, jakich mają radiofonie krajowe. RWE zakłada chyba, że przygniatająca liczba odbiorców słucha jego audycji dorywczo, od czasu do czasu, i nie zajmuje się ich wnikliwą analizą: stąd też liczy prawdopodobnie, że niekonsekwencje te przejdą niezauważone. I w tych wyliczeniach zapewne ma sporo racji. Dlatego też istotną rzeczą wydaje się wskazywanie na te niekonsekwencje, pokazywanie, że nie ma tu żadnej linii, programu — poza wykorzystaniem każdej okazji do oszczerczych ataków.
Inny przykład: w audycjach polskich RWE systematycznie ostro krytykowana jest polityka rolna. Natomiast np. w audycjach czechosłowackich jest ona przedstawiana jako wzór do naśladowania. Tego rodzaju zabiegi — wyrywanie pewnych faktów i zjawisk z kontekstu całości warunków społeczno-ekonomicznych w jednym kraju socjalistycznym i mechaniczne przymierzanie do odmiennych warunków innego kraju — mają ubrać argumentację RWE w „socjalistyczne” pozory, sugerować, że ostrze krytyki kieruje się nie w stronę zasad budownictwa socjalistycznego, lecz tylko w stronę niektórych form. Wiele miejsca w programie RWE zajmuje także podsycanie szowinistycznych tendencji, wykorzystywanie zadawnionych nacjonalistycznych przesądów i urazów, spekulowanie na rozbieżnościach w ruchu robotniczym.
Trzeba wreszcie odnotować, że jednym z kierunków działalności propagandowej RWE jest apologia polityki Zachodu, propaganda obrazu życia i stosunków społecznych w świecie kapitalistycznym. Nie mało w tym miejsca zajmuje propaganda siły nuklearnej Zachodu, oparty na tym propagandowy szantaż, zastraszanie, sianie defetyzmu. Przykłady można cytować w nieskończoność, ale ograniczone objętościowo ramy tego artykułu każą nam już przechodzić do konkluzji.
DLACZEGO TO JEST DYWERSJA?
Czytelnik zauważył zapewne, że pisząc o działalności „Wolnej Europy”, używam często określenia „dywersja”. Używam tego określenia świadomie.
To bowiem, co robi „Wolna Europa”, nie da się zmieścić tylko w pojęciu propagandy. Każdy ma prawo propagować swe koncepcje, idee, bronić swych poglądów. Ale — moim zdaniem — propaganda tym różni się od propagandowej dywersji, że otwarcie wykłada swe racje i poglądy; stara się zdobywać zwolenników przy pomocy rzeczowej i uczciwej argumentacji. Jeśli zaś — jak starałem się to wyłożyć — bez skrupułu operuje się fałszem i plotką jako głównym narzędziem, jeśli w swej działalności odchodzi się od wszelkich zasad, jeśli cała ta działalność służy celom prowokacji politycznej — to przestaje ona być propagandą, a staje się dywersją. Taka jest linia i powołanie „Wolnej Europy”. I dlatego właśnie musi ona działać jako „prywatna” organizacja — ogniwo „czarnej” propagandy. Dodać zaś do tego trzeba jeszcze jeden element. Ta działalność dywersyjno-ideologiczna „Wolnej Europy” splata się ściśle z innego typu operacjami dywersyjnymi i robotą szpiegowską. Agenci z RWE oraz z finansowanych przez „Wolną Europę” organizacji kręcą się wokół wycieczek turystycznych z Polski bawiących w krajach zachodnich, „obskakują” polskich stypendystów, stażystów, praktykantów, ludzi przybywających do krajów zachodnich w celach służbowych. Światowe festiwale młodzieży, olimpiady, wszystkie wielkie spotkania międzynarodowe, w których biorą udział delegaci z państw socjalistycznych, są skrupulatnie „obsługiwane” przez ekipy „Wolnej Europy”. Cel tych zabiegów jest dwojaki: szuka się ludzi, których można by skłonić do dezercji — „wybrania wolności”, aby później rozpętywać wokół tego propagandową hecę; co najmniej zaś — wydusić jakieś informacje, które mogą się przydać departamentom „badawczym” RWE, mają znaczenie wywiadowcze. Wykorzystując różne rzeczy: gapiostwo i gadulstwo, wkradając się w zaufanie różnymi przyjaznymi z pozoru gestami (może to być np. „pożyczka”), próbują agenci „Wolnej Europy” (nieraz zresztą nie ujawniając swej przynależności, przedstawiając się za „szarego emigranta”) wyłuskiwać co tylko się da.
We współczesnym świecie nieprzerwanie toczy się batalia między dwiema ideologiami — ideologią socjalistyczną i ideologią burżuazyjną. W ostatnich latach ten front walki nabiera coraz większego znaczenia. Wiąże się to ściśle ze zmianami w układzie sił międzynarodowych, które w rezultacie zmusiły burżuazyjny Zachód do liczenia się z wymogami pokojowego współistnienia.
Zachód nie może liczyć na to, że przy pomocy siły militarnej mógłby rozstrzygnąć na swą korzyść jakikolwiek konflikt. Zrozumieli to, co bardziej realistycznie myślący kierownicy polityki Zachodu. Nie oznacza to wcale wszakże, że system kapitalistyczny, czołowe mocarstwa Zachodu — przede wszystkim USA — wyrzekły się myśli o panowaniu nad światem i — co za tym idzie — walki ze światem socjalistycznym. Zmieniają się tylko formy i płaszczyzny tej walki. „Tak więc właśnie pisze członek Biura Politycznego KC PZPR, tow. E. Gierek („Nauka i społeczeństwo”, KiW 1964) — okres wyrzeczenia się wojny jądrowej jako środka rozstrzygania o tym, do kogo należy przywództwo nad światem, będzie zarazem okresem nasilenia ataków przeciwnika w innych strefach, poza ekonomiką — głównie w dziedzinie ideologii i nauki. Po pierwsze — dlatego, że nauka jako dźwignia rozwoju sił wytwórczych będzie z każdym rokiem w coraz większym stopniu rozstrzygać o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem. Po drugie — dlatego, że nauka jako droga infiltracji ideologii burżuazyjnej i dywersji politycznej była i jest dla ośrodków imperialistycznych szczególnie ponętna. Specjaliści od tych spraw w Stanach Zjednoczonych zdają sobie sprawę z tego, co nie zawsze uprzytamniają sobie niektórzy nasi towarzysze, mianowicie, że socjalizm jako ideologia i marksizm-leninizm jako nauka stale rozwijająca się szukają najdoskonalszych i najpewniejszych dróg, którymi chcą poprowadzić swoje społeczeństwo. Czy więc dziwić się naszym przeciwnikom, że ze swojego punktu widzenia chcą podrzucić nam, ile się tylko da, ze swojego zapowietrzonego bagażu ideologicznego?”.
Na Zachodzie, zwłaszcza w USA, sprawę stawia się wyraźnie: trzeba wzmocnić ofensywę antykomunistyczną na froncie ideologicznym. Taki jest sens lansowanej ostatnio strategii „zmiękczania”. W myśl tej strategii USA powinny zintensyfikować swą propagandę na kraje socjalistyczne i przy jej pomocy — wszystkimi dostępnymi środkami — oddziaływać na podtrzymywanie oraz podsycanie antysocjalistycznych postaw i poglądów. Autorzy tych planów wiążą swe nadzieje z różnymi czynnikami: punktem zaczepienia ich zdaniem mogą stać się zarówno nieprzezwyciężone przecież do końca pozostałości ideologii burżuazyjnej, jak wszelkie „nowe” tendencje odśrodkowe, np. rewizjonizm, a nawet dogmatyzm. Chodzi o „podrywanie wiary w marksizm-leninizm” — jak mówi prezydent KWE Richardson, o inspirację i pomoc dla wszelkiego autoramentu sił antysocjalistycznych i odśrodkowych wewnątrz państw socjalistycznych. Ta droga ma wieść do osłabienia, „zmiękczenia” komunizmu. Wtedy można by znów wrócić — dodają autorzy tej strategii — do polityki „z pozycji siły”.
Ale — jednocześnie — w zachodnich sztabach, kierujących antykomunistyczną ofensywą, zdają sobie sprawę z tego, że ideologia burżuazyjna, w otwartym starciu z ideologią socjalistyczną, skazana jest na porażkę. Gdyby ta walka toczyła się fair, tylko przy użyciu rzeczowej argumentacji, arsenał burżuazyjnej ideologii o wiele uboższy od naszego — szybko by się wyczerpał. Jak wiadomo my się od tej walki nie uchylamy. Nie mamy ku temu najmniejszego powodu — tym bardziej że stwarza ona szerokie możliwości pozyskania dla naszych racji nowych zwolenników; dysponujemy bowiem bogatszą, lepszą i praktycznie sprawdzaną argumentacją. Prowadzimy ją zatem w różnych dziedzinach nauki i kultury. Rzecz jednak w tym, że burżuazyjny przeciwnik chce zrekompensować swe niedostatki, brak atrakcyjnych treści ideowych, w inny sposób, włączając do tej batalii metody dywersyjne, niemające nic wspólnego z polemiką czy dyskusją naukową.
Zachodnioniemieckie czasopismo „Aussenpolitik” stawia sprawę wyraźnie:
„Wykorzystując wszystkie środki współczesnej propagandy, umiejętne metody walki psychologicznej, należy zaszczepiać naszą moralność z ideologią w społecznej świadomości ludności krajów obozu komunistycznego. Wykorzystując sprzeczności narodowe, religijne przesądy, ludzkie słabości — zawiść, kobiecą próżność, pęd do przyjemności — należy rozwijać obojętność wobec celów komunistycznego kierownictwa państwowego. Trzeba bezwzględnie eksponować braki ekonomiczne, moralne i inne w celu pobudzenia ludności do biernego oporu (»pracuj powoli«) i sabotażu”.
Dywersyjny aparat propagandowy Zachodu w ostatnich latach jest intensywnie rozbudowywany. Jednym z celów jego ataków jest nasz kraj. W tym aparacie jednym z kluczowych ogniw jest „Wolna Europa”. Nie jedynym, ale szczególnie agresywnym, zaciekłym i nieprzebierającym w środkach. Dlatego na tym właśnie przykładzie zdecydowałem się przedstawić Czytelnikowi kilka informacji i uwag o systemie, organizacji i metodach dywersji ideologicznej Zachodu, skierowanej przeciwko państwom socjalistycznym (Artykuł ten oparty jest na mojej książce pt. „Dywersja”, którą wydało PW „Iskry”. Do niej też odsyłam czytelnika interesującego się innymi faktami z tego zakresu, które w artykule zmieścić się nie mogły.).
Dodatkowe informacje
Radio Wolna Europa - niezależny głos niosący ukojenie oczekującym nadejścia wolności na wschodzie, czy niebezpieczne narzędzie propagandowe w rękach amerykańskich imperialistów? W tym nagraniu czytam treść artykułu Janusza Kolczyńskiego "Instrument dywersji zwany Wolną Europą", w którym krótko podsumowuje on powstanie, finansowanie i działanie komitetu Wolnej Europy i jego rozgłośni propagandowych.