Pat Sloan

Demokracja i Dyktatura (Przedmowa i rozdziały o Wielkiej Brytanii)

Linki:

Dzisiaj wiele mówi i pisze się o demokracji i dyktaturze. Ciągle słyszymy, że demokracji należy bronić; a jako przykładu dyktatury, której mamy się obawiać, często używamy Związku Radzieckiego. W tym samym czasie gdy ten właśnie Związek Radziecki opisywany jest jako dyktatura, znani ludzie o różnych politycznych opiniach sugerują, że w dzisiejszym Związku Radzieckim istnieje system zarządzania, który posiada wszystkie esencjonalne cechy demokracji.
Być może najpopularniejszą definicją demokracji jest ta zaproponowana przez Abrahama Lincolna, który opisał ją jako „rządy ludu, przez lud, dla ludu”. A w ten sposób znani uczniowie publicznej administracji Sidney i Beatrice Webb piszą o Związku Radzieckim:
„Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich nie składa się z rządu i ludu konfrontujących się ze sobą nawzajem, takiego, jaki istniał we wszystkich dotychczasowych wielkich społeczeństwach […]. ZSRR jest rządem instrumentowanym przez wszystkich dorosłych mieszkańców, zorganizowanym w różnorodne kolektywy, posiadające wiele odrębnych funkcji – a wśród nich kontynuowana jest, z dziwnie nową „polityczną ekonomią” prawie cała produkcja bogactwa kraju”.
Jeśli ten opis jest poprawny, to Związek Radziecki zdawałby się stosować do powszechnie akceptowanej definicji demokracji. Lecz Sidney i Beatrice Webb są znanymi socjalistami, więc ich opisy i konkluzje mogą być uprzedzone. Dlatego właśnie jest to ważne, że inny pisarz, który nigdy nie miał żadnej sympatii w stronę socjalizmu, ale który znał carską Rosję, niedawno potwierdził to wrażenie wyrażone przez Webb-ów. Tym pisarzem jest Sir Bernard Pares.
Sir Bernard Pares żył w carskiej Rosji. Po ustanowieniu rządu Sowieckiego w Listopadzie 1917 roku pracował w Rosji dla Brytyjskiego rządu, który w tym czasie wydał około stu milionów funtów na zbrojną interwencję w nadziei powstrzymania Sowietów. W 1919 Sir Bernard wrócił do Anglii i postanowił „kontrować propagandę promującą użycie Bolszewickich zasad i programu w tymże kraju” poprzez udzielanie „publicznych wykładów w prawie każdym hrabstwie Anglii”.
Dopiero pod koniec 1935 Sir Bernard ponownie odwiedził Rosję – teraz największą część Związku Sowieckich Republik. Kiedy wrócił do domu, napisał krótką książkę o swoich wrażeniach, w której zadał pytanie: „W jakim stopniu rząd był tworem obcym własnym ludziom?”

TO BYŁA JEGO ODPOWIEDŹ:


„W czasach caratu nigdy nie mogłem nie czuć jego prawie kompletnej izolacji. Ministrowie tamtych czasów byli w większości przypadkowo wybrani z bardzo wąskiego i w żaden sposób niewybitnego grona. Ja byłem, oczywiście, jednym z tych, którzy z utęsknieniem chcieli zobaczyć jak Rosyjska populacja, jako całość, znajduje drogę wewnątrz rządu – i w 1917 przez krótką chwilę miałem tę satysfakcję. Lecz nawet wtedy istniała o wiele mniej wyraźna, lecz nie mniej rzeczywista granica, która dzieliła rosyjską inteligencję od ogromnych mas rosyjskiej populacji […] Muszę przyznać, że w dzisiejszej Moskwie ta granica wydaje się, że całkowicie zanikła, a podczas moich wizyt w urzędach publicznych i wielkich instytucjach rząd i ludzie byli tego samego sortu”.
Stwierdzenie Webb-ów, że „ZSRR jest rządem instrumentowanym przez wszystkich dorosłych mieszkańców” jest potwierdzone przez obserwacje Sir Berdnada Paresa. Obydwa te autorytety zgadzają się, że rząd ZSRR jest rządem ludu. Obydwa zgadzają się, że ZSRR posiada cechy, które kojarzymy nie z dyktaturą, lecz z demokracją.
Wydaje mi się, że jesteśmy czasem nierozsądnie skłonni, by traktować demokrację i dyktaturę jako dwa wykluczające siebie nawzajem wyrażenia – a w rzeczywistości mogę one reprezentować dwa aspekty tego samego rządu. Dla przykładu, jeżeli zwrócimy się do Encyklopedii Brittanica i jej artykułu o „demokracji”, przeczytamy: „Demokracja jest taką formą rządu, w którym ludność włada sama sobą, albo bezpośrednio jak w małych greckich państwach-miastach, lub przez reprezentantów”.
Lecz ten sam pisarz kontynuuje: „Nie wszyscy ludzie w państwie-mieście mieli prawo brania udziału w rządzie, lecz tylko obywatele – w legalnym i oryginalnym znaczeniu słowa obywatel. Poza tym czarującym kręgiem uprzywilejowanych byli niewolnicy, którzy nie mieli żadnego głosu w tworzeniu praw, pod którymi się trudzili. Nie mieli żadnych politycznych i prawie żadnych obywatelskich praw; nie byli „ludem”. Tak więc demokracja greckiego państwa-miasta w ścisłym tego słowa znaczeniu nie była demokracją wcale.
Greckie państwo-miasto było cytowane raz po raz przez historyków jako miejsce narodzin demokracji. A jednak, czytając Encyklopedię Brittanica, dowiemy się, że w rzeczywistości ta demokracja była tylko dla „czarującego kręgu uprzywilejowanych”, podczas gdy niewolnicy, którzy wykonywali całą pracę tego społeczeństwa, „nie mieli żadnego głosu w tworzeniu praw, pod którymi się trudzili”.
Klasyczny przykład demokracji był więc demokracją tylko dla konkretnych ludzi. Dla reszty, dla tych którzy wykonywali ciężką uspołecznioną pracę, była to dyktatura. W samym miejscu narodzin demokracji znajdujemy demokrację i dyktaturę idącą ramię w ramię, jako dwa aspekty jednego systemu politycznego. Zwodniczym jest opisywać demokrację greckiego państwa-miasta nie wspominając, dla kogo ta demokracja istniała. Opisywanie demokracji greckiego państwa-miasta bez wskazania, że mogła ona istnieć tylko jako rezultat trudu niewolników, którzy nie posiadali „żadnych politycznych i prawie żadnych obywatelskich praw” jest fałszowaniem prawdziwej historii pochodzenia demokracji.
Demokracja więc, od samego początku, nie wykluczała równoczesnego istnienia dyktatury. Jeżeli system społeczny wydaje się przejawiać cechy zarówno demokracji, jak i dyktatury, musimy zadać zasadnicze pytania – „Dla kogo jest demokracja?” oraz „Nad kim jest dyktatura?”.
Zwróćmy się znowu w kierunku nowoczesnego świata. Związek Radziecki, jak już wspomnieliśmy, jest często opisywany jako dyktatura. A jednak szanowane autorytety, opisując Sowiecki system, przypisują mu cechy, które kojarzymy z demokracją. Czy jest to możliwe, że i tutaj istnieje demokracja dla jednej części społeczności, a nad inną częścią panuje dyktatura?
Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w pierwszej Sowieckiej konstytucji z 1918 roku. W tejże konstytucji przeznaczenie Sowieckiego państwa zostało opisane jako bycie „założeniem (w formie silnego Sowieckiego rządu) dyktatury miejskich i wiejskich pracowników, połączonych z biednymi chłopami, aby zapewnić […] obalenie wyzysku człowieka przez drugiego człowieka i ustanowienie socjalizmu”.
Miejscy i wiejscy pracownicy razem z biednymi chłopami składali się na 95 procent populacji Rosji. Więc ta „dyktatura” miała być rządem znacznej większości ludzi – tych, którzy wykonywali pracę. W ten sposób państwo Sowieckie było dokładnym przeciwieństwem greckiego państwa-miasta, w którym ci, którzy pracowali, nie mieli nic do powiedzenia w rządzie.
Państwo Sowieckie wprowadziło powszechne prawo wyborcze dla pracującej części populacji – bez własności i cenzusu zamieszkania, niezależnie od płci, narodowości, czy religii. Prawo głosu i stawiania się do elekcji zostało przyznane wszystkim obywatelom w wieku przynajmniej osiemnastu lat. Lecz ci, którzy zatrudniali pracę w celu zysku, zostali pozbawieni praw wyborczych. Państwo Sowieckie w ten sposób zapewniło stopień demokracji dla pracującej populacji, którą nie cieszy się pracująca populacja żadnego innego istniejącego dzisiaj kraju; lecz wobec zatrudniających ta demokratyczna siła stosowała dyktaturę. Wąskie grono zatrudniających pracę najemną nie miało żadnego głosu w stanowieniu nowych praw, którym podlegali.
Od swojego ustanowienia państwo Sowieckie świadomie uosabia cechy demokracji i cechy dyktatury. Lecz tą demokracją cieszyła się znaczna większość populacji, a dyktaturze podlegała mała mniejszość. Nie chcę teraz zgłębiać, czemu tak jest ani analizować słusznych i błędnych tego aspektów, lecz chcę wyjaśnić jedną kwestię: demokracja i dyktatura nigdy nie były wzajemnie wykluczającymi się pojęciami. Mówiąc o „demokracji”, nie mówiąc o tym, dla kogo ona jest, jest zwodnicze. Mówienie o dyktaturze, nie precyzując, kto dyktuje komu, może również powodować nieporozumienia.

ROZDZIAŁ XIII – CZYM JEST DEMOKRACJA?


[…]


Jesteśmy bardzo skłonni, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, omawiać kwestie demokracji tak, jakby dotyczyły tylko prowadzenia państwa, bez żadnego odniesienia do bardzo ważnych czynności, przy których zatrważająca większość ludzi spędza większość swoich żyć. W Wielkiej Brytanii żywiciele 90 procent populacji zarabiają na życie pracując dla kogoś innego, w instytucjach i firmach należących do kogoś innego. W takich miejscach pracy pracownik jest poddany dyktatom zatrudniającego od rana do wieczora i nawet kwestia tego, czy będzie kontynuował jutro tę samą pracę, jest czymś, co pracodawca może zadecydować bez żadnego odniesienia do woli pracownika.
A więc w dzisiejsze życie ekonomiczne tego kraju w najmniejszym stopniu nie udaje nawet demokracji. Każdy pracodawca ma prawo prowadzić swoje włości, jak sobie zażyczy, ma prawo zatrudniać i zwalniać pracowników i narzucać warunki pracy, które są dla niego zyskowne. We własnej fabryce każdy pracodawca jest szefem, a ludzie, którzy drukują gazety, prowadzą koleje, którzy pracują w fabrykach i harują w kopalniach, nie mają nic do powiedzenia, co do sposobu, w jaki te organizacje powinny być prowadzone oraz sposobu, w jaki pracownicy powinni być traktowani. W życiu codziennym znaczna większość ludzi spędza czas pod dyktaturą pracodawcy, człowieka, który tak się złożyło, że posiada środki produkcji, które inni muszą obsługiwać, by zarobić na życie.
Jakakolwiek prawdziwa demokracja, poza kontrolą nad samym państwem, musi dawać ludziom prawo do prowadzenia wszystkich tych organizacji, w których spędzają swój czas i zarabiają na życie. To oznacza, że jak długo istnieją prywatne fabryki, pracownicy muszą być reprezentowani wraz z szefostwem w zarządzie. A żeby ekonomiczna demokracja była efektywna, wszelkie sprawy ekonomiczne kraju musiałyby być przejęcie przez demokratyczne państwo lub przez spółdzielnie pracy. […] bez demokracji w życiu ekonomicznym, jakakolwiek rozmowa o demokracji jest w dużym stopniu złudna.
Myślę, że większość czytelników zgodzi się, że podstawowe cechy prawdziwej demokracji, tutaj opisane, nie istnieją w dzisiejszej Brytanii. […]
To prawda, że w dzisiejszej Brytanii cieszymy się wieloma wartościowymi demokratycznymi prawami – porównując np. do ludzi w krajach faszystowskich. Możemy udzielać przemów w salach konferencyjnych, na których wynajem nas stać i do których ich właściciele nas wpuszczą – albo na ulicach, jeżeli policja nie zadecyduje, że blokujemy ruch; oprócz urzędu pracy, gdzie takie spotkania zostały zakazane przez Lorda Trencharda. Możemy publikować literaturę, jeśli stać nas na druk i dopóki policja i sądy nie uważają treści za wywrotowe, oszczercze lub bluźniercze. Możemy też tworzyć organizacje jako pracownicy najemni i zmusić szefów do ulepszenia warunków pracy, ale możemy też za to zostać wylani z pracy. Ponadto, kiedy partie polityczne, które składają się z jednej tysięcznej części populacji kraju, oferują nam kandydatów podczas elekcji, możemy wybrać któregoś z nich, albo żadnego z nich. Jeśli zdołamy przekonać jedną z tych partii, by podała nas jako kandydata, albo jeżeli jesteśmyc wystarczająco bogaci, by sfinansować własną kampanię wyborczą, możemy stawić się do wyborów parlamentarnych lub lokalnych. Jeżeli zostaniemy wybrani i zdecydujemy nie wypełnić naszych obietnic – jest to nasza sprawa aż do następnych wyborów. […]
ZSRR wprowadził coś nowego do demokracji, ponieważ stworzył demokrację bardzo efektywną w aspektach, w których inne demokracje są bardzo ograniczone. Jak więc się to stało, że tak wielu głośnych popleczników brytyjskiej demokracji, niezależnie od politycznej przynależności, potrafi potępić ZSRR i kraje faszystowskie w jednym zdaniu, a Wielka Brytania, mogłoby się zdawać, stoi dumnie jako nosiciel sztandaru demokracji w chaotycznym świecie? Jak możemy wyjaśnić fakt, że kiedy badaliśmy ZSRR, znaleźliśmy, że od góry do dołu, od zarządu fabryki do zarządu bloku mieszkalnego, aż do pozycji samego prezydenta, ludzie sami biorą udział w rządzie, a jednak taki system jest potępiany z odległości dwóch tysięcy mil jako dyktatura, z której okrucieństwem może rywalizować tylko faszyzm?
Odpowiedź tkwi w istnieniu różnych koncepcji samej demokracji. Jedna koncepcja, która definiuje demokracje w kategoriach pewnych, dzisiaj istniejących, tradycyjnych instytucji, atakuje wszystkie inne systemy jako sprzeczne z demokratycznymi wartościami. To jest ortodoksyjna obrona obecnego systemu brytyjskiego. Inna koncepcja zaczyna od analizy faktycznej ekonomicznej i społecznej pozycji ludzi w społeczeństwie i pyta, do jakiego stopnia zarządzają oni sami sobą. Trzeba przyznać, że jeśli spojrzymy na brytyjski system od tej strony, choć jest on o wiele lepszy niż faszystowska dyktatura, wcale nie wydaje się być systemem efektywnej demokracji w porównaniu do sytuacji w Związku Radzieckim. Jeżeli skupimy się tylko na życiu ekonomicznym, Brytyjczycy nie grają żadnej roli w zarządzaniu sprawami, przy których spędzają większość swoich żyć. Pracują pod dyktatami pana, a ci panowie, wzięci jako całość, stanowią drobną część całej populacji.
Czemu, więc jeżeli życie ekonomiczne jest taką dyktaturą, ludzie tolerują taki stan rzeczy […]? Jeżeli państwo brytyjskie jest demokratyczne, to znaczy, że ludzie musieli wybrać codzienną pracę dla innych za pensję, w warunkach, nad którymi nie mają żadnej kontroli. A może chodzi o to, że zasięg demokracji jest tak ograniczony, że ludzie nie mają żadnej możliwości użyć państwa, by ograniczyć władzę właścicieli środków produkcji? Pewne jest, że jak długą wierzą, że wysoce ograniczona demokracja jest bardzo efektywnym systemem demokracji, nie będą próbowali poszerzyć swoich demokratycznych praw i będą pasywnymi ofiarami. Istotnym jest więc docenić rolę, którą grają Brytyjscy właścicielowie.
Ogólnie, jak długo fabryki, kopalnie, gazety i sale konferencyjne są własnością prywatną, tak długo ludzie pracujący są w jakimś stopniu poddani dyktaturze. Pracodawca mówi pracownikowi, kiedy może zarabiać na życie i w jakich warunkach. Ludzie pracujący, których nie stać na stworzenie własnego, dużego czasopisma, ani sal konferencyjnych, są zdani na łaskę ciągłej propagandy tych, których stać. Stopień demokracji jest więc ograniczony w każdej społeczności względem stopnia, w którym istnieje prywatna własność środków produkcji, a więc poddanie pracownika dyktaturze pracodawcy; oraz względem stopnia, w jakim istnieje prywatna własność środków propagandowych, a więc poddanie obywatela ciągłemu bombardowaniu ideami, które właściciele chcą propagować.

[…]


Być może największym zagrożeniem, w dzisiejszej Brytanii, które stoi naprzeciwko siłom demokracji, czyli znacznej większości kraju, jest fakt, że władza brytyjskich właścicieli prywatnej własności jest ogromnie niedoceniana w praktycznie wszystkich publicznych wypowiedziach na ten temat. […] Nigdzie indziej w świecie nie znajdziemy lepszego przykładu użycia potęgi własności, by użyć demokracji dla celów własności, sprawiając, że demokracja jest prawie wcale nieefektywna jako broń ludności kraju.

ROZDZIAŁ XIV – DEMOKRACJA I WŁASNOŚĆ


Aby przeanalizować relację pomiędzy demokracją a własnością, nie znajdziemy lepszego przykładu niż Wielka Brytania. Wielka Brytania posiada wielce wychwalany system demokracji, a jednocześnie praktycznie cała własność kraju jest w rękach niewielu ludzi, którzy żyją z zatrudniania, kiedy znaczna większość musi pracować dla kogoś innego, by zarobić na życie. Według spisu ludności około 90 procent pracuje dla kogoś innego. To, czy będzie im pozwolone pracować, jest decydowane przez pracodawcę. Warunki, w których będą pracować, są decyzją pracodawcy. Wysokość ich stawki jest ostatecznie decyzją pracodawcy. A ci pracodawcy to około osiemset pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Oni i ich rodziny stanowią około cztery procent populacji. A więc w życiu codziennym i we wszystkim, co określa pewność utrzymania i standardu życia dziewięćdziesięciu procent Brytyjczyków, zależy od woli czterech procent. Ponieważ większość musi pracować, by przeżyć, muszą zaakceptować pracę, kiedy mogą ją dostać. Właścicielowie własności, którzy posiadają rezerwy bogactwa, zawsze mogę opóźnić zatrudnianie pracowników, aby zmusić ich do przyjęcia warunków, które satysfakcjonują właścicieli. […] Właściciel ma przewagę nad człowiekiem, który żyje z pracy; ponieważ ma rezerwy własności, z których może się utrzymać, podczas gdy pracownik ma bardzo niewiele, chyba że zdobywa przychód ze sprzedaży swej pracy.
W sferze ekonomicznej dzisiejszej brytanii cztery procenty populacji są panami lub dyktatorami, a dziewięćdziesiąt procent to służący. Fakt stosunku pana i służącego ukazuje dystrybucja przychodu narodowego. Dziewięćdziesiąt procent populacji otrzymuje sześćdziesiąt cztery procent narodowego przychodu. Cztery procent, wraz z sześcioma procentami niezależnych pracowników wchłaniają około trzydzieści sześć procent przychodu narodowego. A z tych właścicieli własności drobna garstka otrzymuje zatrważający przychód – profesor Bowley szacuje, że niewiele ponad jeden procent populacji, najbogatsi właścicielowie, w 1910 otrzymali trzydzieści procent narodowego przychodu. Dolne 94% otrzymało za to tylko 50% przychodu. Docieramy więc do wniosku, że klasa populacji, która posiada fabryki, kopalnie węgla, sklepy i tak dalej jest małą, lecz bogatą mniejszością. Większość populacji musi zaś pracować dla tej mniejszości za niewielki przychód. Mniejszość dyktuje większości kiedy, gdzie i w jakich warunkach będą mogli zarabiać na życie.
Jak wpływa to na rząd? Najwyższym autorytetem w Brytanii – która w przeciwieństwie do ZSRR nie ma pisanej konstytucji – jest parlament. Parlament składa się z dwóch izb. Tak zwana „izba wyższa”, izba lordów, nie jest organem podlegającym elekcji. Składa się z parów królestwa, którzy są wyznaczani przez monarchę, albo z tych, którzy tak się składa, że są potomkami tych wyznaczonych. Izba posiada w swych szeregach również biskupów. Reprezentuje ona zamożną sekcję populacji, ponieważ pracujący ludzie nie zostają parami, w przeciwieństwie do wielkich właścicieli ziemskich i pracodawców. Izba lordów jest wybrana z drobnej sekcji społeczności, która posiada własność i zatrudnia pracę, a nie z większości, która nie posiada nic i pracuje dla kogoś innego.
Fakt, że izba lordów nie jest demokratyczną instytucją, jest powszechnie przyznawany. Niektórzy właściciele własności nawet się tym szczycą. Profesor Laski pisze „już w 1906 Lord Balfour powiedział swoim poplecznikom, że ich obowiązkiem jest dopilnować, aby wielka Partia Unionistyczna nadal kontrolowała, czy to u władzy, czy w opozycji, losy tego wielkiego imperium”. Co miał na myśli, ujawnił izbie gmin trzy miesiące później, kiedy podczas trzeciego czytania nieudanego projektu ustawy edukacyjnej rządu liberalnego z 1906 roku, oświadczył, że „prawdziwa dyskusja musi odbywać się gdzie indziej”. Było to otwartym roszczeniem prawa własności do rządzenia krajem niezależnie od woli ludzi […].
„Nie było żadnej większej zmiany przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Roszczeniem nadal jest, że funkcją izby lordów jest obrona kraju przeciwko rządom labourzystów, którzy próbują przetłumaczyć socjalistyczne wartości w legislaturę; wszystkie propozycje podane przez partię konserwatystów wobec reformy izby lordów nie mają żadnego innego celu jak utrudnienie takich rządów” – pisze Laski. Izba lordów istnieje, by chronić własność przed większością populacji. Izba lordów, reprezentująca drobną mniejszość, jest niedemokratycznym organem; a jego polityka, z powodu interesów tych, których reprezentuje, jest antydemokratyczna.
Przyjrzyjmy się teraz izbie gmin. Ten podlegający elekcji organ jest często uważany za efektywny sposób wyrażania woli ludu. Jeżeli izba gmin efektywnie wyraża wolę ludzi, w kraju musi istnieć równe prawo dla wszystkich obywateli do głosu, do kandydowania, do wspierania swoich kandydatów oraz do wykonywania czynności administracyjnych, wykonywania decyzji parlamentu. W rzeczywistości Wielka Brytania nie spełnia żadnego z tych warunków.
Prawem do bycia wyborcą szczycą się dzisiaj mężczyźni i kobiety w wieku ponad dwudziestu jeden lat, pod warunkiem mieszkania w danym okręgu wyborczym ponad sześć miesięcy, w kontraście do ZSRR, gdzie wystarczy mieć osiemnaście lat. Jeżeli obywatel zgłasza zamieszkanie w dwóch okręgach wyborczych, może głosować w obu. Właściciel ma więc dwa głosy, jeśli ma własność w dwóch okręgach. Ponadto absolwenci uniwersytetów, którzy w większości pochodzą z klasy właścicieli i wysoko opłacanych pracowników, mają po dwa głosy.
Jest wiele okręgów, gdzie większość stanowią pracownicy najemni, a jednak więcej głosów posiadają właściciele, gdyż posiadają fabryki i biura w wystarczającej ilości, by przegłosować pracowników, którzy żyją w takim okręgu. W lokalnych samorządach rejestracja jako wyborca idzie w parze z własnością lub wynajmem mieszkań, lub biur i nie ma żadnego limitu wobec tego ile głosów może mieć jedna osoba. […] Ci, którzy mieszkają w mieszkaniach posiadanych przez kogoś innego, nie mają prawa głosu. Ci ludzie to w większości pracownicy najemni.

[…]


W teorii każda osoba, która ma prawo głosu, może również kandydować. Prawo do kandydowania jest jednak złudne. Są ku temu dwa powody. Po pierwsze, każdy kandydat musi zdeponować 150 funtów, których nie odzyska, jeśli nie otrzyma wystarczającej ilości głosów. Po drugie, by kandydować, trzeba mieć kampanię wyborczą – to znaczy efektywne wspieranie kandydata poprzez propagandę. Partia pracy szacuje, że oprócz 150 funtów depozytu, potrzebny jest wydatek przynajmniej 500 funtów, by walczyć o miejsce w parlamencie. Jasne jest, że mała liczba bogatych obywateli może wystawiać kandydatów bez wielkiego materialnego poświęcenia. Znaczna większość populacji składa się jednak z pracowników najemnych, którzy muszą połączyć swoje nędzne oszczędności, dokonując poważnego poświęcenia, by wystawić kandydatów.
Jest około 600 miejsc w izbie gmin. Jest około 100 000 płatników wysokiego podatku, którzy mają roczny przychód ponad dwóch tysięcy funtów. Każdy jeden z tych ludzi może sfinansować kandydata ze swojego rocznego przychodu i nadal mieć 1200 funtów. […] Z drugiej strony dla 19 milionów pracowników najemnych, średnia pensja wynosi 117 funtów rocznie. Pracownik najemny musiałby więc użyć sumy czterech lat przychodów, by sfinansować siebie lub kogoś jako kandydata do parlamentu. A więc prawem do bycia kandydatem cieszy się w ogromnym stopniu mała klasa właścicieli.
Ale nie możemy myśleć choć przez moment, że tworzenie opinii publicznej i przygotowywania stanu umysłu, który wesprze konkretny typ parlamentarnego lub lokalnego kandydata to domena wyłącznie kampanii wyborczej. Tworzenie publicznej opinii toczy się dzień w dzień przez każde publiczne wyrażenie opinii, które dotrze do oczu i uszu ludzi.
W Wielkiej Brytanii nadal cieszymy się wolnością słowa. Ale by wolność słowa cokolwiek znaczyła, musi być efektywna – musi być mową, która dociera do ludzi. Stopień efektywności wolności słowa w Wielkiej Brytanii zależy dziś wyłącznie od własności i bogactwa. Najpotężniejszym narzędziem wpływania na opinię publiczną jest prasa. W Brytanii „każdy” może założyć gazetę […]. Lecz koszt druku i publikacji gazety jest o wiele większy niż koszt kampanii wyborczej. Jest tak wielki, że większość zwykłych gazet nie mogłoby się utrzymać bez zysków z reklam, za które płacą firmy z wystarczającym kapitałem, by móc się reklamować. Nasza wolność prasy jest więc przede wszystkim wolnością klasy posiadaczy, którzy są wystarczająco bogaci, by finansować gazety i w ten sposób wpływać na myśli całej populacji kraju. […]
Nie możemy jednak zatrzymać się tutaj, zanim nakreślimy konieczne rozróżnienie pomiędzy warunkami w dzisiejszej Brytanii a warunkami w krajach faszystowskich. W kraju faszystowskim pracownicy nie mogą prowadzić gazet, nawet jeśli ich na to stać. W Brytanii mogą i w małym stopniu to robią. Lecz niedobór kapitału, fakt, że kapitalistyczne firmy nie chcą wspierać gazety pracowników reklamami i bojkot sprzedaży i dystrybucji pracowniczej literatury tworzy wielkie trudności dla prasy klasy pracującej, które są ogromne w porównaniu do prasy tych zamożnych. Tylko w 1926, kiedy pracownicy w całym kraju prawie całkowicie zaprzestali druku kapitalistycznej prasy, a jednocześnie związki zawodowe i inne organizacje pracownicze publikowały własne biuletyny, było kilka dni, w których prawie cała prasa Brytanii była kontrolowana przez organizacje klasy pracującej, czyli większości populacji. Ale nawet wtedy radio nadal należało do rządu i było w pełni utylizowane w interesie pracodawców.
Podobnie jak do sytuacji prasy wygląda sytuacja własności sal konferencyjnych i radia. Powiernicy Albert Hall nie wynajmą jej komukolwiek, kogo na to stać. Organizacja pracownicza, nawet gdy uzbiera wystarczającą sumę, może nie zostać wpuszczona do Albert Hall. Sir Oswald Mosley (faszysta) otrzymał kiedyś zgodę na użycie sali, a zostało to odmówione organizacji klasy pracowniczej niedługo później.
Zobaczyliśmy już, że metody wpływania na opinię publiczną, metody efektywnej propagandy są w rękach mniejszości właścicieli. Rozważmy następną kwestię – sprawę rządu, który faktycznie reprezentuje wolę pracowników, jeżeli zostałyby usunięte pozostałe przeszkody.
Powinno być jasne, że jakakolwiek będzie większość w parlamencie, decyzje parlamentu zostaną wykonane przez służbę cywilną. Dopóki ta służba nie jest połączona z większością populacji, z pracownikami najemnymi, będzie wykonywać ich polecenia niechętnie, uciekając się do sabotażu w wykonywaniu decyzji parlamentarnej większości.
Ale zanim rozważymy kwestię służby cywilnej, rozważmy kwestię edukacji. Prawdziwa równość pomiędzy obywatelami, prawo do głosu, kandydowania, do samo zarządzania zależy od tego, czy będą mieć równe możliwości pełnego rozwijania swych umiejętności. W dzisiejszej Brytanii nie ma takich możliwości. Według R.H. Tawney „proporcja dzieci kończących szkoły podstawowe i rozpoczynających edukację w szkołach średnich wynosi jedną siódmą, a w niektórych miejscach nawet jedną dziesiątą. Trzy czwarte z nich rozpoczynają pełnoetatową pracę najemną w wieku lat czternastu”. Około 90 procent pracowników nie otrzymuje żadnej edukacji po osiągnięciu czternastu lat. Z drugiej strony dzieci zamożnych, nie chodzą do państwowych szkół, lecz przechodzą przez zupełnie osobny, drogi system prywatnej edukacji, nazwany ironicznie „szkołami publicznymi”. To właśnie w tej mniejszości, która przechodzi przez „szkoły publiczne”, znajdziemy tych, którzy kontrolują prawie wszystkie ważne pozycje dotyczące społecznego i ekonomicznego życia kraju, zarówno, jak i w służbie cywilnej.
„[…] 60 procent (personelu biura zagranicznego i służby dyplomatycznej) przeszło przez jedenaście najbardziej ekskluzywnych szkół publicznych, podczas gdy z pozostałych 40 połowa przeszła przez gorsze szkoły publiczne, otrzymała wojskową lub marynarską edukację, lub była edukowana prywatnie lub za granicą. Niezaprzeczalną konkluzją jest więc […] że Brytyjskie biuro zagraniczne i służba dyplomatyczna jest zarezerwowana dla synów arystokratów, rentierów i profesjonalistów”.

[…]


Cała służba cywilna jest rekrutowana tak, że mamy rząd nie tworzony przez lud, lecz przez właścicieli własności i ich krewnych. […] „W 1926 71 z 80 biskupów i dziekanów, 139 z 181 przedstawicieli zawodów sędziowskich, 152 z 210 wysoko postawionych członów wydziałów publicznych, 63 z 88 członków indyjskiej służby cywilnej i gubernatorów dominów i 99 z 132 dyrektorów banków i kolei było wyedukowanych w szkołach publicznych”. Służba cywilna, która wykonuje decyzje parlamentu; biskupi, którzy podobnie jak prasa, wpływają na opinię publiczną; sędziowie; dyrektorzy kolei i banków; prawnicy – prawie wszyscy pochodzą z drobnej klasy populacji. Nie tylko więc właściciele fabryk i kopalni prowadzą swoje fabryki i kopalnie – oni i ich klasa prowadzą cały kraj.

[…]


Wystarczająco zostało powiedziane, by ukazać związek pomiędzy własnością prywatną a demokracją. Kiedy przypomnimy sobie sytuację w związku radzieckim i porównamy ją z Wielką Brytanią, widzimy, że każda demokratyczna cecha ZSRR, która w Brytanii byłaby nowa, jest pochodną jednego faktu – faktu obalenia władzy własności prywatnej.

[…]


W 1920, kiedy Brytyjski rząd przygotowywał się do otwartego wypowiedzenia wojny sowieckiej Rosji, pracownicy stworzyli rady działań w całym kraju, posługując się sloganem „łapy przecz od Rosji!” Demokratyczne żądania pracowników zostały wysunięte tak silnie, że rząd, choć nie sympatyzował się z nimi, musiał to odnotować i zbrojna interwencja przeciwko sowietom została zatrzymana. W tym samym roku w swojej przemowie Lenin mówił: „Cała angielska prasa burżuazyjna pisała, że rady działań były sowietami. I to była prawda. Nie nazywały się sowietami, ale w rzeczywistości nimi były”.
W manifeście partii komunistycznej Marks pisze: „Pierwszym krokiem dla pracowniczej rewolucji jest ustanowienie proletariatu jako klasę rządzącą; to znaczy wprowadzenie demokracji.” To było zadaniem, za które zabrała się sowiecka rewolucja w Rosji i nie było to bezowocne. Lecz dzisiejsza demokracja zwyciężyła tylko jako rezultat zjednoczonej walki całego ludu. Nowa demokracja przetrwała tylko dlatego, że miała zjednoczone wsparcie pracowników i chłopów wielu różnych narodowości wewnątrz kraju, połączone ze wsparciem pracowników innych krajów. Fakt, że przetrwała ona dwadzieścia lat, oznacza, że jest przykładem, z którego inni mogą się uczyć. Dzisiaj, rzeczywisty przykład 170 milionów ludzi, którzy zasiedlają jedną szóstą powierzchni ziemi, pokazuje, jak może wyglądać prawdziwa demokracja, gdy siła własności prywatnej zostanie w końcu przełamana. Mieszkańcy ZSRR udowadniają w praktyce, że pracownicy mogą sami sobą rządzić i wzmocnić swoje standardy życia bez pomocy pracodawców, podczas gdy właścicielowie nie mogą żyć bez sił pracowników; sił, które tworzą prawdziwą demokrację i wolność. W tym leży gwarancja ostatecznego zwycięstwa demokracji nad własnością.

Dodatkowe informacje

W latach trzydziestych brytyjski socjalista i nauczyciel Pat Sloan odwiedził Związek Radziecki, gdzie pracował jako nauczyciel. Swoje obserwacje na temat organizacji sowieckiego społeczeństwa zawarł w książce "Soviet Democracy". Pat Sloan przyrównuje też społeczeństwo sowieckie do ówczesnego społeczeństwa brytyjskiego. Według wielu ludzi ówczesna Wielka Brytania była społeczeństwem demokratycznym - lecz według Sloana to stwierdzenie nie mogłoby być dalsze od prawdy. Posłuchamy słusznej krytyki b

Wersja PDF